Z poradnika Umęczonej Matki Polki – porada XII

Jeżeli zostałaś przez los wyposażona w jakieś konkretne cechy charakteru, dajmy na to dwie, określane w psychologii jako „w gorącej wodzie kąpany” i „słomiany zapał”, to nie znaczy wcale, że twoje dzieci te cechy dziedziczą.
Nie bądź więc zdziwiona, że kiedy tobie po spontanicznym kupienu miksera i gofrownicy, o których marzyłaś, wystarczy raz zrobić gofry z bitą śmietaną, to twoim dzieciom nie.

Życie w cytatach (2)

Julia, lat trzy. Puściła bąka.
Ja: Jula, co się mówi?
Jula: Mówi się, to nie ja.

Ania, lat pięć. Podczas wycieczki nad morze, właśnie skończyła przejażdżkę na osiołku. Młodsza siostra nie chciała, ale chce piłkę.
Ja: Dobrze, to Ania miała osiłka, a Jula ma piłkę. Po jednej atrakcji dla każdej. Zgoda?
Ania: Zgoda. Ale, zaraz zaraz. Ja nie miałam osiołka na zawsze. To się nie liczy.

Z poradnika Umęczonej Matki Polki – porada XI

Jeśli mieszkasz osiem minut na piechotę od stacji kolejki, która w dwanaście minut dowozi cię do pobliskiego nadmorskiego kurortu i wysadza cię sto metrów od plaży, i pomimo, że to nie Jamajka, tylko południowo-zachodnia Anglia, to bywasz tam często przez cały rok, bo też jest fajnie, to jeśli przyjdą w końcu wakacje, jeśli na tych stu metrach dzielących stację od plaży wyrosną nagle gokarty, zjeżdżalnie, strzelnice, kolejka górska, trampoliny, kasyno i całe mnóstwo innych atrakcji, i jeśli stwierdzisz: „A co, wakacje są, należy nam się, jedźmy i bądźmy turystami, a nie tubylcami”, to miejże na tyle rozumu, żeby nie targać ze sobą wiaderek, łopatek, grabków, konewek, strojów i ręczników.
Uwierz, że plaży tego dnia nie zobaczysz.

Schody

Według obowiązujących obecnie trendów, dzieci się nie wychowuje, lecz stymuluje się ich rozwój, pozwalając im okazywać w pełni ich emocje, oraz pozwalając im samodzielnie decydować co i ile będą jadły, oraz kiedy będą spały. Rodzic natomiast jest maszyną czynną całodobowo, która cierpliwie, spokojnie i z uśmiechem spędza popołudnie na powtarzaniu „kochanie, załóż papcie” przenigdy nie dodając od siebie „cholera jasna!”.
Osobiście nie popieram. Uważam, że rodzic też człowiek i swoje prawa ma. Do bycia smutnym lub złym, i okazywania tego. Oczywiście, że niedopuszczalne i karygodne jest obarczanie kilkulatka problemem typu: „straciłam pracę, nie mam pieniędzy, wkrótce zabiorą nam dom”, bo dziecko ma mieć swoje dziecięce troski, że mu się flamastry wypisały na ten przykład, a nie martwić się o byt. Ale już na przykład poinformowanie, że boli mnie ząb, więc dziś mają się bawić cicho i samodzielnie, uważam za całkiem uczciwe postawienie sprawy. U nas to działa. Złość również uważam, że można okazać podniesionym tonem. To są ludzkie emocje. A rodzic też człowiek.
Poza tym uważam, że codzienna rutyna w godzinach spania i posiłków, a także egzekwowane dyscypliny, że na przykład po domu nie jezdzi się rowerem, nie wkłada się nic do kontaktów,  dzieciom nie szkodzi, wręcz przeciwnie, sądzę, że czują sie całkiem dobrze, mając wyraźnie wyznaczone granice, a rodzicowi pozwala to zachować jako taki plan dnia, spokój wewnętrzny i bezpieczeństwo.
W praktyce wiadomo, że nie zawsze mi wychodzi, bo i konsekwencji braknie i cierpliwości, ale ogólnie staram się i efekty są. Dzieci mam naprawdę fajne i całkiem grzeczne. A spontaniczności i kreatywności im nie brakuje, po czym wnoszę, że zahukane nie są.
Ale bywa, że metoda szwankuje. Wczoraj miałyśmy bardzo aktywny dzień plażowo-rowerowy, i wieczorem dziewczyny nieziemsko zmęczone przysypiały na sofie z minami „rusz mnie, a będę ryczeć”. Ale brudne były takie, że bez prysznica nie mogło się obejść. Zastosowałam stary podstęp, który ku memu zdziwieniu wciąż działa.
– Kto pierwszy w łazience, ten wyciąga korek z wanny! – ogłosiłam.
Trzylatka zerwała się i pobiegła na górę. Pięcioatka ani drgnęła, oddała walkowerem i wpadła w szloch. Przytuliłam, otarłam łzy, zapytałam dlaczego.
– Bo przecież nie wolno biegać i popychać się na schooodaaach – zaniosła się płaczem od nowa.
O mój Boże. Przetrenowane dziecko.

Dół

To, że na Oscara w konkursie na matkę roku bym nie wygrała, to żadna tajemnica nie jest. Bo i krzyknąć potrafię i mówić „ZARAZ” piętnaście razy pod rząd, i w kącie postawić i cukierkami przekupić. Także w czołówce się nie plasuję, ale też sądziłam, że skoro przez trzy lata współpracy z przedszkolem i jeden rok ze szkołą, jak dotąd ani razu, naprawdę, ani razu nie byłam wzywana na pogadankę na temat złego zachowania dzieci lub ich niezadowalająych postępów, a wszystkie raporty dostawałam „w normie” lub czasem „powyżej”, to sądziłam, że taka średnia jestem w te klocki. I to by mi w zasadzie wystarczało.
Ale wczoraj mi się nagromadziło. Prosiły potwory, żeby im poczytać, ale mi się nie chciało, i miałam wyrzuty sumienia potem. Następnie sama czytałam w necie o tym, jak to kilkulatki obsługują tablety sprawnie, a „motoryka mała i duża leży” i podłamałam się, bo dwójka w domu, a ja matka wyrodna nie wiem, co to ta motoryka. A na koniec dobiła mnie znajoma pytając o radę, jak dawkować paracetamol i ibuprofen na zmianę, a ja cholera, nie wiedziałam nawet, że można mieszać. No co za matka ze mnie. A jeszcze wieczorami, jak małolaty spać położę, pańszczyznę przy garach i praniu odrobię, to sobie lubię lamkę wina wypić. Sama. (Chyba, że książka czy serial się liczą jako towarzystwo.) No patologia, dno, dysfunkcja, trauma.
Serio serio, poważnie, doła złapałam.
I wtedy przyszły zmęczone, przytuliły się na sofie, poprosiły o bajkę. Właczyłam polski kanał, bo ostatnio bardzo nam polszczyzna szwankuje. Protestowały, bo mało rozumieją, ale się uparłam. Akurat były „Smerfy”, to się zainteresowały, bo nie znały wcześniej.
Obejrzały.
– Mamo, nie lubimy tom bajke. Nie lubimy Gargamel. On nie jest dobry. On robi Smerfom niefajnie i chce im zrobić źle. Przecież to nieładnie jest, żeby komuś dokuczać, bo jak się dokuczuje, to komuś będzie robi przykro. To bardzo nieładnie jest mamo przecież, i dlaczego Gargamel to nie wie mamo? – opowiadały jedna przez drugą.
Czyli coś jednak robię dobrze.

Legenda

Mam problem z koleżanką. Robi dziewczyna spineczki do włosów. Śliczne i tanie, a do tego porządne, nie niszczą się i nie gubią, więc człowiekowi tego w domu ciągle przybywa. A problem taki, że koleżanka ma stoisko, i ze swoimi dumnymi z mamy córkami sprzedaje te cuda  na każdym lokalnym festynie. A festynów ci u nas dostatek. No i prędzej czy później musiało się stać.
– Mamo, my też chcemy mieć stoisko na festynie – oświadczyła piąciolatka.
– A co będziemy sprzedawać? – zapytałam szczerze ciekawa.
– Nasze stare zabawki, którymi się już nie bawimy – powiedziała.
– Chyba nie mamy aż tylu zabawek do sprzedania – zauważyłam mając w pamięci sytuację, kiedy z pierdyliona pluszaków leżących odłogiem i w zapomnieniu na szafie, każdy okazał się najukochańszy i absolutnie niezbędny, i nie dało się wybrać ani jednego na prezent.
– Ja wiem! – zakrzyknęła więc. – Możemy pójść do sklepu i kupić zabawki, których nie chcemy i wtedy je sprzedamy – zaproponowała podekscytowana.
Wobec takiej determinacji uległam.
Wybrałam festyn w naszym przedszkolu i zgłosiłam, że zrobię stoisko z wycinankami ekologicznymi dla dzieci. Miałam kilka tygodni czasu, więc zaczęłam zbierać rolki po papierze toaletowym i czekałam na natchnienie. W dniu festynu obudziłam się dalej bez natchnienia. Spojrzałam za okno. Spojrzałam na córki. Krew polska, ale rozumy angielskie. Nie ma szans, nie wmówię im, że festyn odwołany z powodu deszczu.
Otworzyłam szafę pełną rolek, siadłam z nożyczkami i zaczęłam po najmniejszej linii oporu. Z każdej rolki wycięłam w zygzak dwie korony, albo pięć branzoletek, albo zakleiłam dno i powstało pudeleczko. Ponadto znalazłam karton, pocięłam na kwadraty, na każdym nakleiłam mniejszy, kwadratowy kawałek białego papieru i przywiesiłam sznureczek – no jak nic, obrazek w ramce. I jeszcze parę innych.
W trzy godziny, z pomocą zachwyconych potomnych narobiłam tego cały wór. Pojechałyśmy na festyn, wywaliłyśmy to na stół, postawiłyśmy pudło z flamastrami i oznajmiłyśmy, że to są eco gadżety do samodzielnego pokolorowania.
Początkowo towarzystwo nieprzyzwyczajone omijało nas szerokim łukiem, ale kiedy się przekonali, to nie mogłyśmy się opędzić od dzieci i towar skończył nam się  przed czasem.
Dzieci moje pękały z dumy. Ja, nie powiem, też zadowolona.
Po wszystkim podziękowałam wychowawom, pożegnałam się i już małam wychodzić, jak zaczepiła mnie dyrektorka placówki.
– Widziałam wasze stoisko. Widziałam, że miałyście ogromne powodzenie. Gratuluję. Cudowny pomysł, śliczne rzeczy. Gdzie je kupiłaś? – zapytała a mnie opadła szczęka.
Także ojczyzna może być ze mnie dumna. Legenda Matki Polki potrafiącej zrobić zupę z niczego wiecznie żywa.

Raport

Zaprowadziłam dziś pociechy moje, lat trzy i pięć, do placówek edukacyjnych po raz ostatni w tym roku. Wróciłam do domu i zasiadłam do celebrowania kawy w ciszy i spokoju, bo następną do tego okazję będę mieć po pierwszym września.
Odpaliłam laptopa i pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to artykuł o tym, dlaczego nie wolno posłać dwulatka do przedszkola.
„O cholera, znowu zje…m” – pomyślałam, i kliknęłam, aby dowiedzieć się, co też konkretnie tym razem, bowiem obie moje potomne zaczęły uczęszczać do placówek natychmiast po drugich urodzinach.
Artykuł tłumaczył, że kolosalna różnica rozwojowa pomiędzy dwu a trzylatkami, uniemożliwia  zestawienie jednych i drugich w jednym przedszkolu, bez szkody dla tych młodszych, bo będą wyśmiewane, że leją w gacie, nie dojedzą, bo nie umieją widelcem, i będą sfrustrowane, bo nie umieją dzielić się zabawkami.
Od razu odetchnęłam z ulgą, że miałam farta, iż wybrałam dla dzieci przedszkole, w którym oprócz dwu i trzylatków byli też wychowawcy, którzy pomagali w toalecie i przy stole, opiekowali się, tłumaczyli, i na szczęście dwulatki po roku mają się dobrze.
„Chociaż kto wie, może ta dziecina moja popłakiwała tam gdzieś po kątach, bo biegała wolniej, albo co” – myślałam w drodze po odbiór dziecięcia.
Po uroczystym zakończeniu roku, piosenkach, kwiatkach i czekoladkach, wróciłam do domu, nalałam dziecku zupy i zasiadłam do czytania raportu, jaki mi na temat mojej pociechy wręczono.
W drugim akapicie napisano: „Julia has a close circle of friends that she likes to play with. Some of these children are a school year above her, but Julia still tends to lead the play and make decisions for the group. It is worth noting that in this group, Julia is the sole girl.”*
Czyli jednak. Szeryf jest tylko jeden.

* W wolnym tłumaczniu blond aniołek przewodzi bandzie starszych o rok chłopaków.

Z poradnika Umęczonej Matki Polki – porada X

Jeśli w amoku matkopolskim jakimś niezrozumiałym, przyjdzie ci do głowy, że byłoby miło kartki dla nauczycieli na zakonczenie roku szkolnego zrobić z dziećmi własnoręcznie, na nutę eco, zanim zaczniesz z kartonu po blenderze wycinać kartki, przyklejać na wierzch polne kwiaty zasuszone z dziećmi miesiąc temu, do środka wklejać kieszonki papierowe, w których umieścisz małe tabliczki luksusowej czekolady, oraz wkładki papierowe na których pociechy twoje wykaligrafują „kocham panią” czy cokolwiek wedle swego uznania, zanim przewiążesz całość lnianym sznurkiem, żeby się trzymało kupy, zanim zaczniesz się zachwycać, że w sumie świetnie wyszło, zacznij na Boga od zapytania dzieci, ilu nauczycielom chcą dać w tym roku kartki.
Bo wykonanie prototypu jest miłe. Pierwszej udanej sztuki satysfakcjonujące. Następne dziesięć wkurwia.

Z poradnika Umęczonej Matki Polki – porada IX

Jeśli postanowisz spędzić swoje urodziny w gronie kilku najbliższych przyjaciół, i dla odmiany po całym roku nasiadówek przy pizzy i piwie zechcesz zorganizować prawdziwe przyjęcie w ogrodzie – z zadaszeniem, oświetleniem i kwiatami, i jeśli targnie tobą wyrzut sumienia, że dzieci będą oglądać telewizję, kiedy będziesz krochmalić obrusy i polerować srebra, zanim wpadniesz na pomysł, żeby włączyć je w przygotowania i powiesisz sznurek wzdłóż płotu, zanim wytniesz z papieru trójkątne flagi i zaproponujesz dzieciom, żeby je pokolorowały i wspólnie je potem powiesicie na sznurku, zastanów się dobrze.
Bo może się okazać, że szkolny raport roczny nie kłamie, że pięciolatka naprawdę pisze i liczy, i skończysz z płotem przyozdobionym kilkudziesięcioma flagami, z których znakomita większość ma pięknie wykaligrafowane „MAMA 41 LAT”.
Żeby nikomu się nie pomylilo.

Ironia

Siedzę ja sobie dziś po południu w moim salonie i cieszę się spodziewanymi dwoma kwadransami nic nie robienia i kontemplowania promyków słońca wpadających przez okno i rozświetlających moje jakże oryginalne ściany w kolorze magnoli, oraz białą skórzaną sofę, przerobioną przez potomstwo długopisem na edycję limitowaną, gdyż udało mi się trójkę dzieci wyekspediować do trampoliny w ogródku, a powrót do domu zabarykadowałam im stołem z kredkami i kolorowankami oraz miską ciastek.
Siedzę tak i rozmyślam, jakby tu zgrabnie ująć w słowa na blogu historyjkę o tym, jak to poszłam kibicować pierworodnej mojej, lat pięć, na szkolnym dniu sportu, podczas którego pomiędzy konkurencjami nagle zauważyłam z trybun dla rodziców, że została przebrana od pasa w dół w jakieś dyżurne ciuchy. Jak to w duchu myślałam: „co za sierota, nie umiała powiedzieć, że chce do toalety i się zlała”, i jak to odbierając ją z placówki później dowiedziałam się, że ją przebrano, bo niechcący usiadła w wiadrze z wodą do picia dla dzieci. I jak to myślałam w duchu potem, że już chyba lepiej, jakby się fajtłapa zlała.
Bo jak napiszę szczerze, z właściwą sobie ironią, a dziecię za czas jakiś, (z raportu po pierwszym roku w szkole sądząc – nawet w obecnej dekadzie), zacznie czytać płynnie, i przeczyta sobie blog rodzicielki,  i nie chwyci ironii, bo jak wiadomo, dzieci nie chwytają, biorą wszystko dosłownie, to dziecię traumę nabędzie, że rodzicielka się napiernicza.
Siedzę i myślę, że chyba mi blog obumrze naturalnie, bo od dwóch tygodni mam prawie codziennie coś fajnego do napisania, i codziennie ten sam dylemat mnie powstrzymuje, gdy tymczasem pierworodna wchodzi do salonu ciągnąc za rękę swoją przyjaciółkę ze szkoły, którą zaprosiła dziś na salony.
– Mamo, możemy posadzić te roślinki w ogródku, które są przygotowane do sadzenia? – pyta.
– Nie skarbie, nie mam dziś siły. Jutro, dobrze? – odpowiadam.
– Ok – mówi i dalej zwraca się do koleżanki. – If my mum says no, better not argue, cuz she is very good in shouting to us* – tłumaczy.
No niedaleko pada jabłko. Niedaleko.

* Jak mama mówi, że nie, to lepiej nie dyskutować, bo w krzyczeniu na nas mama nie ma sobie równych. (Tak mniej więcej, w wolnym tłumaczniu.)