Zen

Sonia, lat czternaście, córka sąsiadki. Dziewczę czystej krwi libijskiej, wychowywane od urodzenia w UK, ktore kocha polską kuchnię. Oraz trampolinie w moim ogródku. W pakiecie do powyzszych dorzucam jej zawsze nianczenie moich dzieci, ale widać jej to odpowiada, skoro wraca.

Ostatnio zauważyłam u niej tendencję do optymalizacji. Po co na przykład latać za piłką, skoro można wytrenowac trzylatke.

– Julka, musisz kontrolować piłkę – powiedziała ostatnio podczas zabawy.

– Co to znaczy? – zapytalo dziecię.

– To znaczy, że piłka ma lecieć wtedy, i tam, gdzie ty chcesz. Musisz się skupić. Rozumiesz? – wyjasnila.

Dziecię stanęło w bezruchu z ciężko przebiegającym procesem myślowym wypisanym na twarzy.

– Tak. Potrafię się skupić. Potrafię nawet kontrolować kiedy moja pupa robi kupe – powiedzialo po chwili.

Niektórzy trzydzieści lat medytują, i nic. A ona ledwie trzy lata po tym padole drepta, i prosze. Pełna kontrola nad stanem ciała i umysłu.

Kilometr

„Crocodile, How you smile, If you move I’ll run a mile”* – powtarzamy sobie z córkami wierszyk podczas porannej krzątaniny przed wyjściem do szkoły.
– Co to jest mila? – pyta pięciolatka.
– To troszkę więcej niż kilometr – odpowiadam odruchowo, prezentując typowo kontynentalny tok myślenia memu brytyjskiemu dziecku. Nie jest to jednak pozbawione sensu kompletnie, ponieważ angielskie szkoły uczą obecnie systemu metrycznego jako podstawowego.
A co to jest kilometr? – pyta dziecię nieusatysfakcjonowane odpowiedzią.
I to był ten moment. Znieruchomiałam, oczy podeszły łzami.
Bo pamiętam jak dziś, kiedy niespełna czterdzieści lat temu zadałam to pytanie swojej mamie, i ona odpowiedziała: „To tyle, co droga z domu do przedszkola.” I wtedy, w tej minucie utożsamiłam sobie pojęcie kilometra z codzienną drogą do przedszkola. Z tym, jak rano tata prowadzi mnie za rękę szerokim chodnikiem, który od ruchliwej drogi po prawej stronie oddziela pas zieleni a na nim klomby z różami i bratkami. Z tym, jak w upalne popołudnia mama odbiera mnie i dźwigając siatki z zakupami prowadzi mnie na przystanek. Jak czasem udaje nam się wsiąść do pierwszego autobusu, czasem przepuszczamy nawet kilka, bo tak bardzo są zatłoczone, a czesem decydujemy się wracać pieszo, a ja znów uważnie oglądam klomby z kwiatami, jakby były moje. Albo kiedy jest zima, mróz, wszystko pokryte śniegiem po kolana, a ja toczę się zapakowana w kombinezon, owinięta szalikiem tak szczelnie, że żeby spojrzeć w bok, muszę się cała obrócić.
I zawsze, przez całe moje życie, kiedy w rozmowie z kimkolwiek, w jakimkolwiek kontekście padało słowo „kilometr”, natychmiast miałam przed oczami wszystkie te obrazy. Ostatnio nie bez wzruszenia, przyznaję, bo ile by człowiek nie zaprzeczał, nie krygował sie na bycie do przodu, to fizjologii nie oszuka; mózg po czterdziestce robi się sentymentalny nieodwołanie.
I oto minęły niemal cztery dekady, i moja własna córka stoi i pyta, co to jest kilometr, a ja prawie ryczę. Z natłoku emocji własnych, z nagłej świadomości, że człowiek nie ma pojęcia, które zdanie rzucone od niechcenia wywrze na dziecku wrażenie na całe życie.
– To jest tyle, ile z domu na basen – mówię niepewnie po dłuższej chwili.
– A, to fajnie – odpowiada ona i wraca do rysowania obrazka dla przyjaciółki z klasy.
A ja siedzę wmurowana w sofę. Do szkoły ledwie zdążyłśmy na czas.

* Krokodylu, jeśli się ruszysz ucieknę na milę.