Z poradnika Umęczonej Matki Polki – porada VIII

Jeśli wpadnie ci do głowy pomysł, żeby swoją kilkulatkę nauczyć związku przyczynowo-skutkowego, na przykład, że jak nie zje obiadu, nie dostanie słodyczy, jak pójdzie spać późno, bedzie rano niewyspana, uważaj co robisz.

Bo kiedy tylko kilkulatka zrozumie ów związek, najbliższy niedzielny wieczór zamiast na oglądaniu ulubionego serialu, spędzisz na zaplataniu cieniutkich warkoczyków, bo księżniczka przypomni sobie, że chce mieć na rano do szkoły włosy „w zygzak”.

V Prawo Matki Singielki

Dzieci, przy których regularnie zdzierasz sobie gardło, żeby wyegzekwować mycie rąk, zaczną myć ręce chętnie i nałogowo, kiedy tylko zapomnisz kupić mydło w płynie, i będzie można ci o tym przypominać za każdym razem.

Okres

Kiedy przekracza się próg domu ze świeżo urodzonym pisklęciem na rękach, ma się głowę pełną ideałów. O tym, jak to się nigdy na dziecko nie krzyknie, jak się  je nauczy jeść zdrowe rzeczy i inne, które porzuca się lub optymalizuje z biegiem narastającej frustracji spowodowanej brakiem snu i innymi torturami urządzanymi nam przez pisklę. Po kilkunastu latach wydala się pisklę z gniazda na studia, lub na kasę do Lidla, i robi się bilans zysków i strat, oraz ładuje się głowę ideałami od nowa, żeby móc pouczać pisklęta, jak mają zajmować się swoimi młodymi.
Osobiście, mając w domu trzylatkę i pięciolatkę, jestem na etapie weryfikacji i optymalizacji. Bo na przykład moje dzieci lubią, jak na nie wrzasnę, skoro zawsze czakają, aż powtórzę wszystko trzy razy, i wiedzą, że czwarty raz obwieszczę polecenie wzmocnioną dawką decybeli. No co ja poradzę, że lubią.
Ale jest parę rzeczy, których nie popuszczę. Na przykład rozmowy o fizjologii i sprawach damsko-męskich. Obiecałam sobie, że nie będę czekać, aż nastolatka poprosi o drobne na podpaski, ale że będziemy o tym rozmawiać  „od zawsze” i bez skrępowania.
– Mamo, dlaczego bierzesz tabletkę?- zapytała dziś rano moja pięciolatka.
– Bo boli mnie brzuszek – odpowiedziałam, i natychmiast wyczułam okazję, do pierwszej rozmowy „na temat”. – Bo mam okres – dodałam powoli i wyraźnie.
– Co to jest okres? – zapytała zgodnie z moim oczekiwaniem i mogłam przystąpić do pogadanki.
– Jak się jest dużą dziewczynką, albo dorosłą panią, to się czasem ma okres. Wtedy przez kilka dni z siusi leje się krew, i trzeba nosić takie małe podkładki, żeby nie pobrudzić majtek. I to nic nie boli, i szybko mija. Czasem tylko troszkę boli brzuszek, i trzeba wziąć tabletkę, rozumiesz? – zakończyłam swój pierwszy, krótki i zwięzły wykład, z wypiekami na twarzy oczekując reakcji i pytań.
– E, dziwna ta bajka, wolę inne – powiedziała trzylatka. – Mogę zjeść galaretkę?
No i nie wiem. Dobrze mi poszło, czy nie bardzo?

Nadejszła wiekopomna chwila

Pamiętam z dzieciństwa, że moi rodzicie nie byli pasjnonatami sprzątania i w domu panował zawsze lekki nieład, że tak to określę. Najwyraźniej tak lubili, bo nikt niezdolności do jeżdzenia na szmacie orzeczonej nie miał. Ale dwa razy do roku mieliśmy pospolite ruszenie. W wigilię rano pastowało się parkiety, natomiast przed wyzytą księdza po kolędzie szorowało się kibel.
W moim dorosłym życiu podtrzymuję te tradycje, aczkolwiek modyfikuję je z duchem czasu, bo nie pastuję paneli laminowanych, ani nie przyjmuję księdza.
Przyjęłam za to O., którą znam od lat przez internet z zamkniętego forum, a w którą z racji jej zawodu, pozycji społecznej i przebiegu naszej znajomości, jestem zapatrzona niczym moja rodzicielka w księdza. Tak więc na cześć O. i jej męża chwyciłam za odkurzacz i szczotę do szorowania kibla.
Tymczasem przyjechała do mnie przemiła, ciepła babeczka, tak samo jak ja kudłata, wyjęła swoje kapcie z walizki, nawrzucała do lodówki smakołyków, które przywiozła, i sama zrobiła sobie herbatę, którą też przywiozła, bo taką lubi i już.
Trajkotałyśmy do trzeciej w nocy nie wiem nawet o czym, podczas kiedy małżonek jej naprawiał mój komputer. Muszę tu zaznaczyć, że to wysokiej klasy informatyk jest, z karierą, pozycją, i wiele już widział, ale to ja, zawodowa kura domowa, zdołałam zapewnić mu doznań, jakich żaden klient nie potrafi. Pięćset dwadzieścia zainfekowanych plików. Pękam z dumy.
Następnego dnia, po leniwym, piżamowym śniadaniu, kiedy piliśmy kawę w kuchni, a potomki bawiły się w pokoju, nastąpiło samoistne pasowanie moich dzieci na prawdziwe Polki.
Otóż trzylatka stanęła w drzwiach.
– Mamo, Ania mówi „kurwa” – oświadczyła zadowolona niezmiernie, bo skarżenie na siostrę to jej największe hobby, ale pierwszy raz mogła przełamać rutynę i nie skarżyć, że ją tamta leje. W końcu „kurwa” to jest coś!
Nie raz wyrażałam zadowolenie, że moje potomne, ogólnie grzeczne i przyjemne dzieci, które nawet jak pokazują rogi, a potrafią, oj potrafią, to  jednak mają ten defekt rozwojowy, że nie powtarzają wyrazów wulgarnych, co pozwala mi stosować je bezkarnie w mojej mowie potocznej, a jak wiadomo – lubię. Jednocześnie zawsze wiedziałam, że te wczasy się kiedyś skończą, i że skończą się spektakularnie, niczym wizyta księdza po kolędzie.
Poszłam więc do pokoju, gdzie wytłumaczyłam dzieciom, że to brzydki wyraz i go nie używamy, i zaproponowałam, że żeby było sprawiedliwie, ja też nie będę więcej tak mówić. Pokiwały głowami. Wyszłam.
Przez kolejne kilka chwil przysłuchiwałam się z kuchni, jak trzylatka poczucza pięciolatkę:
– Aniu, nie możesz mówić „kurwa”, nie wolno, wiesz?
I tak skończył mi się pięcioletni okres ochronny. Teraz ze wszystkiego w życiu na „p” zostanie mi już tylko picie kawy.

W kuchni

Julia, lat trzy:

– Mamo, kroisz pumpkin? Zrobisz zupę halloween’owa? Kiedy będzie halloween?

– Za pol roku.

– A, to teraz jest wpół do halloween.