Z poradnika Umęczonej Matki Polki – porada VII

Jeśli jesteś niezorganizowana, powolna i leniwa, jeżeli ciągle modyfikujesz plan dnia i tygodnia, bo wiecznie z czymś się nie wyrabiasz na czas, nie ucz dzieci dni tygodnia póki naprawdę nie musisz.

Może się bowiem zdarzyć, ze w popołudnie, w które planowalas szorować kibel i piec ciasto przed przyjazdem gości na weekend, twoja osobiście przez ciebie wyedukowana kalendarzowo pięciolatka oznajmi, ze jest czwartek i masz ją doprowadzić na lekcje pływania.

Przy śniadaniu

Ania, lat pięć:

– Mamo, a wiesz, że się nie da policzyć włosów na głowie? I listków na drzewie. I trawy na łące. I naszych zabawek.

Julia, lat trzy:

– Jak nie masz auta, to musisz szybciej chodzić.

Stało się

Dzisiaj o 7.21 czasu lokalnego, podczas porannych przytulanek po przebudzeniu, moja pierworodna, lat pięć, zadała pytanie, które od szescdziesieciu lat, od trzeech pokolen dręczy rodziców kilkulatkow w tym kraju.

– Mamo, dlaczego mąż królowej nie jest królem?

Z poradnika Umęczonej Matki Polki – porada VI

Jesli na codzien jesteś typową matką Polką, z odrostem, nadwagą, bez makijażu i w garderobie źle dobranej do figury – trzymaj się tego.

Bowiem nagły, bezzasadny, wieczorny atak robienia domowego spa, peeling’u, pedicure i henny może obudzić w naturze zew checi uczczenia tej wiekopomnej chwili i zafundowania ci wielkiego wyjścia.

O trzeciej w nocy. Na pogotowie.

Z poradnika Umęczonej Matki Polki – porada V

Jeśli po pięciu latach od rozpoczęcia przygody z macierzynstwem, czyli uporczywym czekaniem, kiedy wreszcie będzie można odfajkowac z listy kolejny etap typu: koniec pieluch, koniec butelek, koniec nocnika, koniec wstawiania w nocy itd., odhaczysz w końcu jeden z najbardziej drazliwych i psychicznie ciężkich kamień milowy, kiedy w końcu prośbą, groźbą i czarami uda ci się wyplenić w potomstwie odruch potrzeby picia, jedzenia, smarkania, czytania i przytulania w momencie, kiedy zamykasz za sobą drzwi w toalecie, nie ciesz się zbyt prędko.

Bowiem każdy przeciętnie inteligentny kilkulatek wpadnie dość szybko na pomysł, że zawsze można przecież stać pod drzwiami toalety i wrzaskiem obwieszczac informację:

– Mamooo! Muszę sikuuu! Teraaaz!!!

Chwila

Jakiś czas temu usłyszałam wypowiedziany mimochodem, jako dygresje, komplement, który zapadł mi w pamięć. Mianowicie, że potrafię się cieszyć małymi rzeczami.

Myślę o tym czasem, jak dziś w nocy, kiedy przez sen poczulam male rączki oplatajace moja szyję. Człowiek nie zna dnia ani godziny. Przecież jeszcze niedawno byłam w sytuacji, w której zupelny przypadek zdecydował, że nie przestalam istnieć. A jednak los pozwolił mi jeszcze zostać i cieszyc się tym ciepłym, malym policzkiem przyklejonym do mojego, tym „Kocham cie, mamusiu” wyszeptanym przez sen.

Ale to nie jest mała rzecz.

Starania

Dzieci moje obchodzą swoje urodziny w formie charakterystycznej dla angielskiej klasy robotniczej, z której pochodzą. Wykupuje im pakiet urodzinowy w jednej z okolicznych sal zabaw. Przyjecie trwa dwie godziny, najpierw dzieciaki szaleja na konstrukcji, potem maja posiłek, po nim tort i do domu. Rodzice mogą poczekać pijąc kawę, albo zostawić pociechy i odebrać po wszystkim. Gościom na wyjście wręcza się drobne upominki w specjalnych malych torebkach, a otrzymane od nich prezenty urodzinowe skladuje sie w jednym miejscu podczas imprezy, po czym zabierazabiera się je do domu i tam nastepuje uroczyste rozpakowywanie i czytanie dolaczonych kartek z zyczeniami.

Moja pięciolatka wybrała w tym roku sale zabaw, która nie zapewnia posiłku ani upominków dla gości, wiec mialysmy świetną zabawę z wymyslaniem menu, pieczeniem i przyozdabianiem muffinek, wyborem tortu z nadrukiem (nie zgadniecie: Frozen), kupowaniem torebek i upominków. Sama impreza przebiegła sprawnie, goście stawili się w komplecie, wyszaleli się. Rozpakowywanie prezentów – szal. Dziecko przeszczesliwe. Jednym słowem idealnie.

Trzy dni krecily się wokół urodzin, z czego byłam bardzo zadowolona, bo osobiscie akurat mam deficyt podobnych wrażeń z dzieciństwa, wiec klade na nie nacisk ze zdwojana siłą.

Po tym wszystkim zmęczone, pełne wrażeń pociechy ulozylam jak codzien do łóżek. Jak codzien usiadlam i zapytalam, czy był fajny dzień i wyjątkowo inaczej niż codzien nie spodziewałam się zwykłego potwierdzenia, ale peanow zachwytu i pieśni dziekczynnych za moje zaangażowanie i jego zachwycajace efekty. Ku memu zdziwieniu zamiast tego dziecię wpadło w szloch i nakrylo twarz koldra. Po dłuższej chwili uspokajania i pytania co się stało zdołałam spomiędzy szlochow wyodrębnić informacje, ze mianowicie:

– Bo wszyscy tak głośno gwizdali w te gwizdki, że nikt nie słyszał jak ja gwizdam, a ja chciałam żeby oni słyszeli.

Czyli, że co? Cała robota na marne?

Interpretacja

Podczas mojej równie mozolnej, co nieudolnej próby rozkrecenia jednoosobowej firemki dekadę temu, moja relacja z urzędem skarbowym była zawsze klarowna. Ja zawsze zalegalam z opłatą, przeważnie podatku od pieniędzy, których jeszcze nie zarobiłam, ‚oni’ słali ponaglenia i tak się kręciło do czasu, kiedy postanowiłam załatac tę dziurę kilkoma tygodniami intratnej emigracji na zmywak. Jak dziś wiadomo, na angielski zmywak nie trafiłam, trafił i się za to angielski paszport, dwoje dzieci i kilka innych przygód, i tak to się kręci. Pamiętam jednak bardzo dobrze te wieczorne grille w towarzystwie aspirujących młodych wilkow, te niezliczone opowieści o przepychankach z urzędami, o tym jak trzeba z ‚nimi’ grać, żeby wyjść na swoje, że zawsze trzeba żądać wszystkiego na piśmie z imiennym podpisem pracownika urzędu, bo przepisy są niejasne, a ich interpretacja może się zmienić, bo zależy od widzimisie urzędnika.

A przypominało mi się to dziś, kiedy rano krzatalam się po kuchni a dzieci rozwlekaly zabawki po salonie. W pewnym momencie uznalam, że jest ich juz za dużo i kazalam posprzatac. Zabrały się za to z ochotą, więc wróciłam do kuchni. Pięciolatka przyszła jeczac, że uderzyła się w nogę.

– Usiądz na sofie, pomasuj, zaraz przejdzie – powiedzialam.

Poszła do salonu.

– Mam siedzieć i patrzeć jak sprzatasz – zakomunikowala siostrze.

Na prezesa ZUS-u ją. Jak nic.

 

PS. Ja wiem, że się źle czyta. Jeszcze trochę. Są szanse, ze w maju komputer mi ozdrowieje i będę mieć normalna klawiaturę, a literowki wrócą do normy tak po jednej na linijkę, nie na wyraz.

Życie w cytatach (1)

Ania, lat pięć:

– Mamo, dlaczego kupujemy duży namiot?

– Żeby się w nim zmieściło wszystko, co nam będzie potrzebne na biwaku.

– Ale mamo, ale w nim się nie zmieści ta półka, na której stoi telewizor.

 

Julia, lat trzy, do siostry, której skończyły się baterie w zabawce i marudzi, że w domu nie ma zapasowych:

– Aniu, musisz płaczeć, wtedy mama kupi.