Z poradnika Umęczonej Matki Polki – porada II

Jeżeli uważasz, że od kilku lat jesteś ofiarą przemocy domowej ze strony własnych potomnych, które piątek świątek budzą cię o świcie, tym wcześniej im bardziej jest weekend. Jeśli im są starsze, tym bardziej wymyślne mają dla ciebie tortury, jeśli od lat nie śnisz o kwiatach, winie, jazzie i seksie, ale wyłącznie o jakimś żłobku z internatem, na który cię stać – nie użalaj się.
Poczekaj na lekką chorobę zakaźną, dzięki której możesz z czystym sumieniem ogłosić piżamowy tydzień dla całej rodziny i nie ruszać się z domu na krok. Pozwólcie sobie wtedy na zaburzenie waszej rutyny, niech się dzieci zdrzemną w ciągu dnia, jeśli są słabe, niech sobie posiedzą dłużej wieczorem jeśli chcą, niech pośpią rano dłużej. W końcu choroba to czas szczególny, coś jak święta.
A potem wyzdrowieją, i nastanie poniedziałek. O siódmej trzydzieści zbudzi cię budzik, który nastawiłaś w komórce na wszelki wypadek kilka lat temu, i nie miałaś jeszcze okazji z niego skorzystać. Ubierz się, łyknij szybką kawę i idź zbudzić dzieci. Po kolei sadzaj je półprzytomne na toalecie. Ubierz je, zdezorientowane, jęczące, i lecące  przez ręce, ale na tyle przytomne, żeby marudzić, że tej bluzki nie chcą. Uczesz. Powtarzam, uczesz dwie, ryczące, nieszczęśliwe śpiące królewny o splątanych włosach, bo poszły spać z wilgotnymi. A potem zaaplikuj im śniadanie i drżyj na myśl, że jeszcze czeka was mycie zębów.
To wystarczy, żebyś zrozumiała, że tupot małych stópek i dwie wyspane, roześmiane, gotowe na nowy dzień przygód buźki, które widzisz po otwariu oczu o szóstej pięć, to był najlepszy okres w twoim życiu.

Kran

Nie trzeba wcale mieć kredytu we frankach, żeby być zmuszonym zamienić dylematy typu: narty czy plaża w lutym, na: rachunek za prąd czy za gaz. Ale lata chude chodzą ponoć w grupach po siedem, to już za dwa powinnam wyjść na prostą. Także luzik. Z górki.
Tymczasem zanim to nastąpi, precyzyjnie żongluję środkami pomiędzy debetem a kartą kredytową, sumiennie spłacając odsetki i modląc się, żeby nie wypadło nic niespodziewanego, co zmusi mnie do powiększania kwoty zadłużenia. Choćby i dlatego, że limit się zwyczajnie wyczerpał.
No, ale wypadło. Otóż babcia potomek moich postanowiła przetestować swój nowiutki rozrusznik serca i zakupiła bilet na lot. Wizyta na naszej budowie jest jak zaawansowany poziom obozu przetrwania, ale babci postanowiłam zaprezentować pakiet podstawowy, z dużą porcją udogodnień.
Przede wszystkim postanowiłam oszczędzić jej dwóch sterczących nad wanną kurków, z których z jednego leci wrzątek, z drugiego lód w kostkach. Ja i dzieci już dawno żeśmy się znaturalizowały na Brytyjki, to nam takie kurki nie straszne, ale babcia niechybnie nam by się poparzyła. Znając nasze szczęście, przy myciu głowy, nie rąk.
Tak więc usiadłam do internetu i zakupiłam najtańszą, przebrzydłej urody baterię wannową z prysznicem. Następnie powołując się na znajomą, zadzwoniłam do jej taty, świadczącego usługi hydrauliczno-elektryczno-ogólnobudowlane i przedstawiłam zakres prac do wykonania.
– Tylko bardzo proszę mi najpierw podać przybliżoną cenę, bo nie chciałabym pana fatygować, jeśli mnie nie będzie stać – dodałam na koniec prosto z mostu.
– Ależ proszę pani, ja jestem pani fanem, ja czytam pani blog. Ja pani bardzo chętnie ten kran wymienię za dobrą kawę – usłyszałam.
No musi, że ja w poprzednim życiu cholernie inteligentna byłam. Bo w tym ewidentnie mam więcej szcześcia, niż rozumu.
Pozdrawiam spod prysznica.

Intuicja

Nie, żebym była leniwa, po prostu zuchwale uważam, że moja intuicja lepiej moje dzieci wychowa, niż poradniki. Dlatego żadnego jeszcze nie przeczytałam.
Tak więc na intuicję właśnie, od urodzenia mówię do potomkiń moich po polsku, bo jest to jedyny język, w którym potrafię naturalnie wyrazić emocje, zarówno te „kocham cię skarbeczku mój”, jak i „załóż do cholery te papcie!” Telewizję natomiast włączam im po angielsku.
Efekty są zadowalające. Każda w wieku dwóch lat poszła do przedszkola, gdzie bez problemu się komunikowała. Obie mówią w obydwu językach bez akcentu. W zasadzie. Bo czasem słyszę w ich polszczyźnie angielską melodię zdania. Ale przyganiał kocioł garnkowi, bo moja polszczyzna ma zaśpiew śląsko-lwowski, tak akurat wyszło.
Ponadto starsza w szkole nie zakwalifikowała się na zajęcia dodatkowe dla dzieci, dla których jezyk angielski jest drugim językiem. W zasadzie, dopóki ja się w szkole nie pojawię i gęby nie otworzę, to nikt nie podejrzewa, że dziecina nie jest Brytyjką z dziada pradziada.
Czyli chyba jak na razie idzie nam dobrze.
Tymczasem nadszedł moment, kiedy dzieciom łatwiej i wygodniej jest mówić po angielsku, bo zwyczajnie mają większy zasób słów.
„Czas na kolejny etap, musimy wzbogacić polszczyznę” pomyślałam wczoraj wieczorem, i niezwłocznie przystąpiłam do działania. Poskakałam po kanałach i znalazłam „bajkowa coś tam”. Jest. Super. Zawołałam dzieci.
– Dziewczyny, dziś na dobranoc bajki dla dużych dzieci, z polskiej telewizji. Super, prawda? – zaproponowałam.
– Hura! – ucieszyły się i zasiadły na sofie.
Przez godzinę gapiły się w telewizor. Obejrzały sześć odcinków „Reksia” i dwa „Bolka i Lolka”.

Miski

Jak leżałam na położniczym oddziale dwa razy w życiu, to pamiętam to dokładnie, że wszystkie babki miłały takie brzydkie, czerwone i pomarszczone noworodki, tylko moje przepiękne były. Też tak miałyście?
A jak po latach oglądacie zdjęcia z tego okresu, to myślicie: „Ja pierniczę, co za nietoperz!” Macie tak?
Bo ja nie. No co ja poradzę, że mi się udane sztuki trafiły. Przyglądam się krytycznie i nie ma się do czego przyczepić. Oczy śliczne, nosy zgrabne, uszy nie odstają, zęby bielutkie i równe. W sumie, jakbym się bardzo uparła, to jedyną reklamację do Darwina mogłabym mieć, że z długich a krzywych nóg ojca, oraz prostych ale krótkich moich, skompilował dziewczynom krótkie i krzywe. Mógł się bardziej postarać. Ale może miał w tym jakiś plan. W końcu Kate Moss kiedyś musi przejść na emeryturę.
Tak sobie czasem dumam, czy w tym pokręconym świecie moim dzieciom uda mi się wpoić rozsądne podejście do urody, odpowiednie proporcje pomiędzy tąże a mądrością, obyciem, dystansem. I czy proporcje te, które ja mam dziś, będą aktualne kiedy one dorosną. Wszak wiadomo, że dzieciom niekoniecznie należy wpajać to, co nam wpajano trzy dekady temu, ale to, co im będzie potrzebne za dwie dekady.
A tymczasem dopadła nas ospa. W domu szpital. Księżniczki obsypane od stóp do głów. Plecy, brzuchy, kończyny, pupy, nosy, uszy, skóra we włosach, wszystko w strupach. Ale na twarzach po dwa maleńkie. I nie swędzą.
Czyli jednak. Skazane na urodę.

Z poradnika Umęczonej Matki Polki – porada I

Jeśli twoja długowłosa niespełna pięciolatka przyniesie do domu wszy, i z powodu braku doświadczenia i wprawy spędzisz długie trzy tygodnie na wieczornym, mozolnym czesaniu jej włosów pasmo po paśmie, jednocześnie słuchając jej jęczenia, że boli ją szyja od trzymania głowy w bok, oraz opędzając się od znudzonej i zazdrosnej trzylatki – nie narzekaj.
Poczekaj na ospę. Przy niedużej dawce szczęścia, ospa ulokuje się u tejże samej Królowej Dramatu głównie we włosach. Strupek przy strupku. Co centymetr.
Spędź wtedy jeden wieczór na delikatnym rozchylaniu jej splątanych (bo dziecko nie da się uczesać) włosów pasmo po paśmie, słuchając jęczenia, gdyż boli ją szyja, nie widzi telewizora, i dokładnie ogladając każdy strupek, smaruj białą mazią te, które są suche, nie świeżo rozdrapane, żeby ci dziecko nie zawyło z bólu i się nie wyrwało z wrzaskiem. Jak się pomylisz, uspokój dziecko, rodzeństwo, zawiadom sąsiadów, że nie obdzierasz jej ze skóry, wręcz przeciwnie, zapobiegasz temu, żeby sama ją z siebie zdrapała, napij się melisy i rozpocznij od nowa.
I zapamiętaj sobie raz na zawsze: Wszy to był luksus.

Taka gra

Ostrzeżenie dla wrażliwych:
Dzisiejszy wspis będzie zawierał wyrazy. Taki mam nastrój.

Dzień rodzica samodzielnie wychowującego dwójkę małych dzieci jest jak mecz piłki nożnej. Bywa, że strzelasz bramki jedna za drugą, bywa, że ledwie powłóczysz nogami i modlisz się o końcowy gwizdek. Czasem liczy się wynik, czasem styl gry. Różnica polegana tym, że tu nie ma treningów, gdzie można pobiegać na pół gwizdka. Tu codziennie jest mecz. Czasem grasz na wyjeździe. Czasem w nocy. I sezon trwa cały rok. Bez trenera. Bez masażysty.
Grasz, grasz, aż w końcu przychodzi taki dzień, powiedzmy środa, kiedy zwyczajnie następuje opór. Mówisz: „Pierdolę” i siadasz na ławce.
Około piątku stwierdzasz, że lodówka jest pusta, kosz na śmieci się nie domyka, nie ma czystego kubka a w pralce jest pranie, które wyprało się dwa dni temu, zaś cały dom wygląda jak skład porozrzucanych rupieci.
Na domiar złego, przyjeżdza pani z ogłoszenia i kupuje od ciebie twój ukochany wózek. Niby nie był ci potrzebny i stał w komórce, ale i tak bez niego nagle czujesz się jak Boruc bez rękawic, jak Szaranowicz bez mikrofonu. I serce ci pęka.
Po południu odbierasz dzieci z placówek. W domu okazuje się, że młodsza jest tą jedną na tysiąc, wymienioną w ulotce dołączonej do opakowania, która dostanie sraczki po zażyciu środka odrobaczającego, a starsza jest pokryta bąblami i ma ospę.
I co robisz? Co robisz?
Wstajesz i zapierdalasz. Bo tu jednak nie ma ławki. Bo tu nikt cię nie zmieni. Bo tu trzeba być jak Lewandowski, Błaszczykowski i Piszczek razem wzięci. Codziennie.

 

Jak przechytrzyć rodzica

Pamiętam jak dziś sytuację, kiedy miałam osiemnaście lat i pierwszy raz wybierałam się pod namiot z chłopakiem. Matula moja, która nigdy wcześniej nie widziała potrzeby przeprowadzenia ze mną rozmowy o pszczółkach,  postanowiła ekspresowo nadrobić zaległości.
– Dziecko, ja się obawiam jak ty będziesz spać pod tym namiotem – zaczęła niepewnie.
– Nie panikuj. Lato jest, śpiwór mam porządny, dres, skarpetki. Nie zamarznę – odpowiedziałam i miałam spokój.
Stosowałam tę taktykę – sugerowania poziomu naiwności własnej na poziomie, na którym rodzicowi odechciewa się kontynuować temat – dość często i z powodzeniem. Głównie w sprawie niewygórowanych ocen i takiej też frekwencji na zajęciach w liceum.
Przpomniała mi dziś o tym moja młodsza potomna, lat trzy, kiedy przyprowadzona z przedszkola i posadzona nad talerzem zupy robiła wszystko, tylko nie jadła.
– Julka, jedz dziecko zupę. Skup się – powiedziałam do niej krzątając się po kuchni.
– Kupsię? – powtórzyła.
– Skup się. Wiesz co to znaczy? Po angielsku „focus” – powiedziałam, bo czasem zanim zacznę tłumaczyć, wystarczy podać angielski odpowiednik, i wie. – Ben w przedszkolu mówi do was „focus”?
– Nie. Ben nie „fokus pokus”, Ben mowi „abracadabra” – powiedziała cwaniara i pozostawiwszy mnie w zadumie zwiała na piętro. Zupy nie zjadła.
To już? Czy przypadek?

Sylwester 2014

Jak przystało na osobę z wrodzonym niedorozwojem pionu życia towarzyskiego, dodatkowo kulturalnie zdziczałą od momentu rozmnożenia się i zassania intelektu przez obieg kupki – zupki, Sylwestra planowałam spędzić na sofie w towarzystwie pilota do telewizora. Ale nie wyszło.
Zwabiona zostałam na imprezę, gdzie do około czwartej rano jadłam, piłam, tańczyłam i śpiewałam. Za to ostatnie gorąco przepraszam gospodarzy, gości, sąsiadów w promieniu około pół kilometra oraz Marylę Rodowicz i spadkobierców spuścizny Agnieszki Osieckiej. Chciałoby się powiedzieć: „Nie wiem, co we mnie wstąpiło”, ale akurat wiem – mniej więcej litr rumu.
Byłam również świadkiem niecodziennego wydarzenia.
Nie da się bowiem pozostawić dziewięciorga dzieci w wieku 3-7 lat na piętrze, na kilka godzin samych z jednym play station i w nieskończoność podkręcać muzyki na dole, bo w końcu one jednak ją zagłuszą, oraz zaczną kolędować na dół kolejno ze skargami na siebie nawzajem. W tej sytuacji każdy rodzic poczuwający się do tego, kolęduje kolejno na górę w celu zażegnania konfliktu, po czym szybko wraca blady jak ściana i ogląda się na innych, a jatka na górze nie ustaje. Napięcie rośnie, atmosfera się zagęszcza, rozwiązania brak.
Wtedy w salonie pojawia się pan domu, który wróciwszy właśnie z fajeczki na tarasie nie wie, że problem jest nierozwiązywalny. Staje u podnóża schodów.
– Teraz para numer dwa! – wydaje polecenie.
– OK! – odpowiada chórek z góry i konflikt przestaje istnieć.
Talent – kiedy bez wysiłku i od niechcenia robisz coś, czego nikt inny nie potrafi.