Tylko spokojnie

Nie żebym chciała się użalać nad swym losem, bo przecież każdy wie, jaką jestem oazą spokoju, kwintesencją cierpliwości i akademickim wzorcem nienarzekania, ale czy cholera one dwie, mając do dyspozycji dwadzieścia cztery godziny w każdej  dobie, muszą srać synchronicznie? Jedna na dole na nocnik, druga na piętrze, do toalety?
– Mamo, już zrobiłam – woła z góry cztero i pół latka, żeby pomóc jej wytrzeć pupę.
– Już idę, tylko pomogę Julce – odpowiadam.
– Ja sama! Sama! – wtrąca się dwu i pół latka i zanim zdążę ją powstrzymać odrywa pół listka papieru toaletowego z rolki i rozmazuje sobie nim kupę po pośladkach.
– Ale moje rączki są ciężkie i nie mają siły, zaraz pupa wpadnie do środka – prawie płacząc woła z góry starsza.
Jak nic, wpiszę sobie w CV „profesjonalne obycie z sytuacjami ekstremalnie stresogennymi”. I z lubością będę czekać aż rekruter poprosi o rozwinięcie tematu.

O łańcuszku „walczącym z rakiem piersi” moje trzy grosze

1. Wstań teraz. Idź do łazienki. Zdejmij bluzkę i stanik. Podnieś lewą rekę nad głowę. Palcami prawej ręki delikatnie naciskając masuj swoją lewą pierś na całej jej powierzchni oraz powyżej, pod pachą. Potem prawa ręka w górę, lewą ręką zbadaj prawą pierś. Opuść obie ręce, stań przed lustrem. Czy twoje piersi są symetryczne? Czy sutki są na tej samej wysokości? Ubierz się. Zadzwoń do siostry i koleżanki. Przypomnij im, żeby zrobiły to samo. Badaj się raz w miesiącu.

2. Jeśli wyczujesz cokolwiek, co cię niepokoi, nie panikuj. Nie każdemu zgrubieniu pod skórą na imię rak. Idź do lekarza. On wie, co robić dalej.

3. Nie zawalaj mi sciany informacjami o swojej torebce, a kiedy cię zapytam po co to robisz, nie spamuj do mnie tekstem: „Walczmy z rakiem piersi. Pokażmy ilu nas jest”. No błagam. Raka na świcie nie ubędzie od tego, tylko od zdrowej diety, aktywności fizycznej i badań profilaktycznych. Tym się zajmij.
A jesli lubisz łańcuszki – sznuję to. Rób je, ale z głową. W odpowiedzi na reakcję na twoją zaczepkę o torebce, rozsyłaj przydatne informacje o profilaktyce raka piersi, nie puste hasła. Bo tu nie o zaśmicanie przestrzeni internetowej chodzi, a o to, żeby ta akcja komuś pomogła, pojawiła się w dobrym momencie czyjegoś życia. Więc jeśli choć jedną kobietę na świecie, czyjąś córkę, siostrę, matkę, ta akcja uratuje – warto było ten denerwujący łańcuszek znosić. Ale na Boga, badajcie się! Nie poprzestawajcie jedynie na bezmyślnym rozsyłaniu.

Usprawiedliwienie

„Do bloga! Do bloga!” – tak na mnie wołają.
A wy myślicie, że to łatwo? Jak człowiek się już przyzwyczaił do  nieodczuwania niepokoju  z powodu ciszy w domu, do ekskluzywnego wypicia kawy na siedząco zanim wystygnie, do luksusowego siedzenia w toalecie dłużej niż trzydzieści sekund, bez zdzierania gardła na rozstrzyganie nagłego konfliktu o pomarańczową kredkę zlokalizowanego piętro niżej,  do spokojnego wymemłania rękoma mięsa na mielone bez barykadowania się bramką w kuchni i bez wydawania jogurcików z lodówki i obierania jabłek ze skórki w międzyczasie, do ekstrawaganckiej możliwości przeczytania ciurkiem całego artykułu lub rozdziału książki, do niewiarygodnego widoku własnego salonu w wersji oryginalnej – nie usłanego zabawkami – dłużej niż piętnaście minut, do odprężającego prania, prasowania i zmywania garów bez nieustannego nasłuchiwania czy potwory się leją czy wyzywają,  a tu nagle spadają na człowieka ferie? Potraficie to zrozumieć?
Cztero i pół latka budzi się o siódmej i zaczyna:
– Mamo, a pójdziemy dziś do tennis club* zapisać mnie na tennis camp**? Ale ja chciałam, żeby mój friend*** ze szkoły też ze mną chodziła na tenis. Ty wiesz która jest mój friend? Ty wiesz jej imię? Ella. Ona nie umie mówić tak jak my. Ona mowi tylko tak po English****. Ale ja ją nauczyłam jedno słowo „ola”. Wiesz mamo takie słowo? To jest po spaniszu takie słowo, ja wiem. Ja nauczyłam mój friend, żeby ona nie była sad*****, że nie umie mówić tak jak ja umiem i ty. A wiesz mamo, że ja i mój friend mówimy bad words****** czasem? Ale my mówimy na zabawe, i my nie jesteśmy sad jak mówimy bad words, bo my jesteśmy friends, a friends mogą mówić bad words na zabawe, wiesz?
A wiecie kiedy kończy? Wiecie? O siódmej wieczorem, kiedy ją przykrywam kołdrą.
Te ferie mnie wykańczają.

* klub tenisowy
** obóz tenisowy
*** przyjaciel
**** angilski
***** smutny
****** brzydkie słowa

Elementarz

Na wieść o ciąży, pomijając tych, co uciekają gdzie pieprz rośnie, zazwyczaj ma się momentalnie przed oczami wizję kopania piłki z berbeciem na zielonej murawie lub aniołka z wstążeczkami w blond lokach deklamującego wierszyki. Są też inne, ale strzelam, że te przodują. Mnie osobiście objawił się obraz wspólnego siedzenia na sofie i nauki czytania.
Czas płynął i kilka lat później potomna moja dostała na gwiazdkę swój pierwszy elementarz. Z zapałem rozpoczęłyśmy naukę. Ala, Ola i As poszły gładko, ale kiedy doszedł las, lis i ule, okazało się, że literek jest jednak za dużo. Odpuściłam żeby dziecka nie zniechęcić i nie mieszać jej w głowie przed pójściem do szkoły i nauką czytania po angielsku, co następuje u nas w wieku czterech lat.
Od póltora miesiąca dziecię moje chodzi do szkoły i przynosi codzienie książeczkę.
Moja pierwotna wizja, w której siedzimy w ciszy i skupieniu w przytulnym salonie, została brutalnie zmodyfikowana przez rzeczywistość. Salon jest w stanie permanentnego remontu, zawalony zabawkami, pudłami z książkami na które wciąż nie ma półek, dziecko nie zawsze chętnie współpracuje, a w koło nas kręci się młodsza siostra, która bez przerwy chce pić, sikać, oglądać telewizję albo najczęściej chce czytać dokładnie tę samą książeczkę. Z tym, że sama, w innym pokoju.
Dlatego odpuszczam czytanie kiedy widzę duże zmęczenie materiału.
Wczoraj na przykład. Zagoniłam marudzące dzieci pod prysznic, ekspresowo powycierałam i pomogłam założyć piżamy.
– Mamo, książeczkę ze szkoły poproszę – powiedziała starsza wchodząc do łóżka.
Nie widziałam przeciwskazań, przyniosłam. Młodsza wgramoliła sie do łóżka starszej.
– Otwórzcie i opowiadajcie co jest na obrazkach. Zaraz przyjdę i pomogę ci czytać – powiedziałam.
Wychodząc do łazienki usłyszałam, że starsza czyta pierwsze zdanie: „I can see Biff.”
Poskładałam ręczniki, wrzuciłam brudne ubrania do kosza, spłukałam wannę z piany. Wróciłam do pokoju dzieci.
– „We all can see.” – przeczytała właśnie ostatnie zdanie z książeczki moja cztero i pół latka. – Mamo, umiem już czytać sama! – zakrzyknęła podekscytowana i zamknęła książeczkę.
Cholera, dobrze, że mam jeszcze młodszą. Może z nią zdążę posiedzieć.

Talent

Jako dorastające dziecko interesowałam się wszystkim, ale też wszystkim szybko nudziłam. Rozpoczynałam różne kółka zainteresowań i rzucałam je szybko, a ponieważ nikt mnie nie przypilnował, toteż dziś umiem trochę jeździć na nartach, trochę grać na gitarze, trochę żeglować i trochę innych trochę, ale w niczym nie jestem dobra, nic nie jest moją prawdziwą pasją, a czas i pieniądze zużyte na wszystkie te próby dziś, z perspektywy rodzica, uważam za (w pewnym stopniu) zmarnowane, bo służyły wyłącznie zabawie, a nie były inwestycją w życie.
Dlatego swoim dzieciom postanowiłam różne zajęcia proponować i spokojnie czekać, aż znajdziemy to coś, a następnie konsekwentnie je motywować i wspierać.
Tyle teorii, w praktyce zaś, ponieważ pieniądze i czas nie rosną na drzewach, zanim zacznę robić za kierowcę własnych dzieci, obserwuję je bacznie, starając się obrać właściwy kierunek – sport, sztuka czy nauka.
I tak – intelektualnie i sportowo jak na razie przeciętnie. Obie natomiast chodzą na balet. Jedna dosyć chętnie, a druga sika po nogach ze szczęścia. Ponadto starsza przyszła ze szkoły zafascynowana pokazem instrumentów i nie przestaje gadać, że chce grać na pianinie. Za to młodsza śpiewa jak najęta, głównie dziadkom w Polsce, przez telefon. A żem ja, jako wnuczka przedwojennej lwowskiej pianistki, głucha nie jest, to i słyszę, że dziecko rytm i melodię trzyma.
Także sztuka na razie górą, ale to małe dzieci jeszcze. Wszystko jeszcze możliwe. Mamy czas.
Tymczasem stoję wczoraj przy zlewie, szoruję gary aż miło i słyszę, że w salonie zaczyna się jatka. Drą się na całego, ale nie wiem o co, bo mi woda z kranu zagłusza. Nie wygląda na to, że same konflikt rozstrzygną, więc rzucam robotę, wycieram ręce i idę. Ze zdumieniem stwierdzam, że wyjątkowo nie wyrywają sobie żadnej zabawki, tylko debatują nad kartką papieru, pomalowaną przez młodszą w przedszkolu szczelnie na całej powierzchni na przepiękny, głęboki szafirowy kolor.
– It’s a sky!* – krzyczy cztero i pół latka i wali młodszą po głowie.
– No! It’s a sea!** – drze się dwu i pół latka i popycha starszą w tył.
Artystki jednak. I ta pasja, z jaką bronią swojej interpretacji dzieła!

* To jest niebo!
** Nie! To jest morze!

Pierwsza miłość

Mojego pierwszego chłopaka pozyskałam w trzeciej klasie liceum trochę przez przypadek i trochę na przkór. Pod koneic wakacji zawiązała się paczka, składająca się ze mnie, jednej koleżanki i jednego kolegi. Trzymaliśmy się razem i było fajnie, ale z natury rzeczy stan ten nie mógł trwać długo, biorąc pod uwagę, że wszyscy byliśmy dojrzewającymi heteroseksualnymi nastolatkami. Obie z koleżanką zarzekałyśmy się, że kolega nie interesuje nas „w tym sensie”, ale kiedy odkryłam dnia pewnego, że siedzę w szkole jak ten kołek sama, podczas kiedy on leży w domu z anginą, a ona siedzi u niego, ogląda filmy na video (tak, to było ponad dwadzieścia lat temu) i spoufala się z nim obierając za niego ziemniaki, które matka kazała mu przygotować na obiad zanim wróci z pracy, to mi się momentalnie gen rywalizacji uaktywnił i włączyłam się do gry bardziej ofensywnie.
Byliśmy całkiem udaną parą przez następne trzy lata. Dziś wspominam ten okres bardzo miło, i jestem wdzięczna losowi, że dobrze trafiłam na początek.
Ciekawe jak też się potoczą pierwsze miłości moich córek, i jaki udział w tym będzie miała ich osobowość i wychowanie z domu, a ile w tym będzie przypadku – myślę sobie czasem, ale nie za często, bo przecież to daleka przyszłość.
Ale niekoniecznie, jak się okazuje.
Bo szłyśmy niedawno do domu przez pobliski park, gdzie odbywały się czyjeś urodziny i tak nam rozmowa na urodziny zeszła.
– A kiedy będą moje urodziny? – zapytała cztero i pół latka.
– Za pół roku. To jeszcze długo.
– Aha. Ale ja nie chcę zaprosić Omara i Oscara mamo, wiesz?
Stanęłam jak wryta.
Omar i Oscar, lat sześć. Hektolitry przesikanych wspólnie pieluch, tony klocków i zabawek wspólnie rozpiżdżonych po kątach, porysowane ściany, pierwsze zaglądanie do majtek, pierwsze brzydkie wyrazy szeptane w konspiracji do ucha, pierwsze spanie razem na dywanie. A ile kawy, ile nalewki wiśnowej wypitej przeze mnie i Asiulkę podczas sesji integracyjnych naszych pociech. Ile plotek, ile nowych koncepcji na urządzanie naszych kuchni. I to wszystko na zmarnowanie? Ona ich nie chce na swoich urodzinach?
– Aniu, dlaczego? – zapytałam cudem się powstrzymując od dodania: „Chyba ci się dziecko coś popiędroliło.”
– Bo jak jest Omar i Oscar to Olaf się bawi tylko z nimi, a ja chciałam żeby Olaf bawił ze mną – wyjaśniła rzeczowo.
Wcześnie dziewczyna zaczyna.

O Ani Przybylskiej moje trzy grosze

Ja prosta baba jestem. Pudelka czytam i się tego nie wstydzę, toteż o chorobie Ani Przybylskiej wiedziałam. Google też mam opanowane, więc wiem, że rak trzustki to praktycznie wyrok. I to co teraz napiszę, w dobę po jej śmierci, będzie bardzo niepoprawne politycznie i niepopularne. Bo ja jej w walce z chorobą nie kibicowałam. Ja jej współczułam.
Jestem matką dwójki małych dzieci, którym trzeba jeszcze tyle pokazać. Nie wyobrażam sobie wielomiesięcznego życia ze świadomością, że nie zdążę. Że słabnę, że nie mam siły zmienić pieluchy, pomóc w odrabianiu lekcji, zabrać na basen. Wiecznej huśtawki nastrojów, bo czasem jest lepszy dzień, więc chodźmy na plac zabaw, może jeszcze się uda i wszystko będzie dobrze. Rozmów o tym, że muszę je zostawić i nigdy mnie nie zobaczą. Zastanawiania się, czy będą zdrowo karmione, czy będą jeździć na nartach, czy nie zmarnują talentów, bo nikt ich nie zauważy, czy ktoś im powie, że się nie trzyma nóg na stole, że się nie rzuca papierków na ulicy. Chaotycznych pomysłów, żeby spisać ich ulubione potrawy na karteczkach na lodówce, poukładać im ubranka w szafie, zrobić porządek w zdjęciach. Nocnego siedzenia przy ich łóżkach i płaczu z bezsilności, po kolejnym dniu powstrzymywania łez podczas przyglądania się ich beztroskiej zabawie. Wybuchów złości i przepraszania zaraz potem. Tego opadania z sił, kurczenia się, obawiania się, że to już lada dzień. Samotności. Bo człowiek nie umiera w gronie najbliższych. Człowiek umiera sam. Cholernie sam.
Nie wyobrażam sobie przez co przeszła ta kobieta przez ostatni rok i nie chcę się nigdy przekonać jak to jest.
I kiedy dzisiaj odkryłam, że moja dwu i pół latka sama usiadła na nocnik i walnęła kupę, po czym zamiast mnie zawołać, sama wytarła sobie pupę najlepiej jak umiała, to znaczy rękawem bluzki bardziej niż papierem trzymanym w rączce, po czym pobiegła i zaczęła skakać i turlać się po swojej pościeli, to po postawieniu jej w wannie, rozebraniu i umyciu, po zmianie pościeli, kiedy na kolanach obwąchiwałam dywan i namiot plażowy, bo pech chciał, że akurat miała zorganizowany w pokoju biwak, przypomniało mi się powiedzenie: „Małe dzieci – mały kłopot.”
I tak sobie pomyślałam, daj mi Boże dożyć tych papierosów palonych po kątach, prezerwatyw ukrytych pod doniczką, pieniędzy podkradanych z mojego portfela. I niech ja sobie wtedy o tym przypomnę, i niech ci podziękuję.

Internet

Wczoraj tak zwana parentingowa część polskiej blogosfery zarzuciła swój niezniszczalny dyżurny pretekst do wszczynania jatek, czyli temat szczepień na korzyść wschodzącej gwiazdy wsród nierozstrzygniętych tematów wiecznie żywych, jakim jest naruszanie prawa do prywatności dzieci przez ich własnych rodziców umieszczających zdjęcia tychże dzieci w internecie.
Rozgorzały dyskusje, posypały się argumenty i wizje, jak to dzieci z traumą z powodu upublicznionego od pierwszego dnia życia wizerunku skarżą swych rodzicieli do sądów, jak to potentaci internetowi mozolnie usuwają te zdjęcia z serwerów.
Internet wrze, Google narzeka na dodatkową robotę, prawnicy zacierają ręce. A ja mam inny dylemat.
Bo otóż ja zdjęć swoich dzieci nie zamieszczam. Nie umiem jasno powidzieć dlaczego, ale mam, przynajmniej jak dotąd, jakieś wewnętrzne przekonanie, że lepiej nie.
Ale za to piszę. A dzieci rosną, rozumieją, istnieje uzasadnione przypuszczenie, że będą umiały w przyszłości czytać i może im się nie spodobać, że matka upubliczniała informacje, że na przykład cztero i pół latka nadal śpi w pampersie, a dwu i pół latka z gołym tyłkiem, nie?
Toteż rozbita bywam wewnętrznie: pisać, nie pisać, będą miały traumę, czy nie, będą mnie do sądu skarżyć, czy nie będą?
Ale dziś starsza moja potomna rozwiała wszelkie me wątpliwości. Wracałyśmy właśnie do domu.
– Mamo, a dziś w szkole ja byłam na wycieczce w pet shop*. I widziałam rybki, i hamsters** i turtles***. Ty wiesz turtles mamo? One mają takie krótkie szyje i mogą wciągnać głowę do muszelki, jak snails****. Pamiętasz, ja miałam kiedyś taki turtle zabawkowy, i go gryziełam, bo ja wtedy byłam mała i lubiłam wszystko gryziełać. I ja miałam wtedy jeden lat, i nie było Julki, bo ja byłam pierwsza i ja wyszłam z brzuszka siusią, a Julka była druga i wyszła z rozciętego brzuszka, bo Julka nie chciała wyjść sama.
Także luz. Nie będzie mnie skarżyć. Sama wszystko wszystkim rozpapla.

* sklep zoologiczny
** chomiki
*** żółwie
**** ślimaki