Sezon ogórkowy czas zacząć

Plan, czyli podstawa.
W planowaniu jestem niezła. Tym razem plan zakładał wyjazd na tydzień do Londynu, zadekowanie się u znajomych i zwiedzanie okolicznych parków i placów zabaw przez tydzień.

Organizacja, czyli jak planować, żeby nie zwariować.
W organizacji jestem bardzo dobra, tak więc zakupiłam trzy bilety autokarowe na rejs wieczorny, żeby dzieci kilkugodzinną podróż przespały.

Optymalizacja, czyli jak organizować, żeby się nie spocić.
W optymalizacji jestem mistrzynią, więc dzieci były po kolacji, wykąpane, ubrane luźno w leginsy i koszulki, w kórych mogły na miejsu zostać przeniesione prosto do łóżka. Na pupach miały na wszeli wpadek pieluchomajtki, a w rękach pluszaki. Każda została usadzona przy oknie i po 10 minutach obie spały a ja usadowiłam się wygodnie, otworzylam flaszkę wody mineralnej i delektowałam się faktem, że podróż z moimi dziecmi to już przyjemność, nie, jak to dawniej bywało, że pieluchy i butelki na okragło.

Efekty, czyli co znowu cholera poszło nie tak?
Po pół godzinie sielanki Julka majtnęła głową i dość mocno się uderzyła. Zbudzona, stwierdziwszy że nie jest w swoim łóżku w pozycji leżącej z widokiem na lampę Peppa Pig, a dodatkowo boli ją głowa,  postanowiła pominąć fazę marudzenia czy płaczu i przeszła od razu do regularnej histerii. Podsuwanie jej jedzenia, picia, książeczki czy przytulanie oczywiście tylko ją bardziej rozwścieczało. W tym czasie (razem z pozostalymi pasażerami oczywiście) zbudziła się Ania i zakomunikowała, że boli ją brzuszek. Nie przejęłam się, kazałam spać. Jula darła się coraz bardziej. Trochę dało się ją zagadać widokami za oknem, aczkolwiek były akurat mało urozmaicone, więc przypominała sobie co chwila, że ma wpadać w szloch. W tym czasie Ania, siedząca za nami, zawołała mnie ponownie. Spojrzałam. Na kolanach miała swój plecaczek, sweter i pluszaka. Wszystko rówomiernie pokryte pawiem. Przypięłam wrzeszczącą Julkę pasami i z paczką chusteczek nawilżanych przesiadłam się do Ani. W tym momencie okazało się, że paw był dwufazowy. Druga faza poszła na mnie.

Niniejszym wakacje 2014 uważam za otwarte.

Z poradnika matki dwulatki

Zasada pierwsza – dziecko potrzebuje czasu, żeby coś zrozumieć.
Po tygodniu szarpania się z dwulatką w ekstramalnych upałach, żeby nie wchodziła do ogródka w kaloszach założonych na gołe stopy, bo je odparzy (stopy znaczy), możesz być pewna, że w końcu zrozumie i wylezie boso, a nawet wróci i obiegnie cały salon w koło, natychmiast jak tylko spadnie w końcu ulewny deszcz i zamieni ci ogródek w rezerwat błota.

Zasada druga – czasem dziecko rozumie od razu.
Kiedy ci dwulatka w stroju kąpielowym i klapkach spierniczy z fontanny na pobliski plac zabaw, gdzie zdziwiona, że nie może zjechać ze zjeżdzalni, zostanie przez ciebie pouczona słowami: „Kochanie, bo się nie da zjechać w klapkach i stroju”, możesz być pewna, że natychmiast zrozumie, zejdzie z urządzenia, zdejmie klapki i strój.

Zasada trzecia – czasem dziecko rozumie bez słów.
Kiedy dasz dwulatce do ręki kawałek kabanosa, a na stole położysz talerzyk z drugim kawałkiem pokrojonym na małe, niespełna centymetrowe kawałki dla reszty domowników, możesz być pewna, że dwulatka bez słowa zrozumie, że ze swojego kawałka ma odgryzać małe, niespełna centymetrowe kawałki i wymieszać z resztą na talerzyku.

Wyjątek od powyższych zasad.
Nie ma takiej możliwości, żeby dwulatka zrozumiała kiedykolwiek, że matka chce się wysikać w toalecie SAMA.

Będą zmiany na blogu

Na początek notki będą miały tytuły, bo dochodzą mnie sygnały, że daty są ponoć wnerwiające.
Zrobi się też coś mam nadzieję z tymi jeszcze bardziej wnerwiającymi kredkami. Ale to chwilę potrwa. Się uprasza o cierpliwość.
Miałam również w planie obwieścić, że notki będą regularnie raz dziennie w dni robocze, a w weekend fajrant, ale jestem w stanie na 100% obiecać tylko ten fajrant.
Na razie tyle.

24.07.2014

Normalnie, se chyba zostane celebrytkom, że tak polecę Ferdkiem Kiepskim.
Zaczęło się od tego, że jakiś miesiąc temu poszłam na kolację z Muchą. Nie, nie przechodziłam obok restauracji i wydawało mi się, że ją widzę przez szybę, tylko normalnie się umówiłyśmy na kolację. Jadłyśmy, piłyśmy, Anka płaciła. Jak kto nie wierzy, to na świadka mam Leszka Żurka, bo przypadkowo siedział w pobliżu. Sądzę, że mnie pamięta, i to nie dlatego, że się nieco znietrzeźwiłam i bredziłam, ale dlatego że z postury i owalu twarzy bardzo przypominam aktualny wizerunek Olafa Lubaszenko. Tylko włosy mam krótsze. Także gwiazdorskie koneksje mam, w zasadzie mogłabym już zacząć celebryckie życie ściankowe, gdyby tylko producenci ścianek zechcieli je robić szersze, żebym nie zasłaniała całego logo.
A wczoraj listonosz przyniósł przesyłkę od koleżanki, czytelniczki bloga, którą znam wyłącznie przez internet. Z zamknętego forum na początku, a obecnie również z Facebooka. Ale na oczy nigdy się nie widziałyśmy. Nawet przez telefon nie rozmaiwałyśmy nigdy. Przysłała przecudną kiecę dla potomnej mojej młodszej. Na kiecy jest napis: „Anioł, nie dziecko!” Widać, że czyta bloga ze zrozumieniem.
Ale wracając do tematu. Można powiedzieć, że córki moje dostały pierwszy prezent od swojej fanki, tak?
No, to chyba sobie konto na Instagramie założę, bo to teraz obowiązkowe wśród gwiazd jest.

23.07.2014

Spacer nad rzeką.
– Mamo, kiedy będzie moje birthday*? – pyta czterolatka.
– Za dziesięć miesięcy – odpowiadam.
– To jest dużo sleeps**?
– Oj dużo, trzysta. Nie umiesz do tylu policzyć.
– Bo nie mam tyle paluszki?
– Własnie, masz tylko dziesięć paluszków. To jest mniej niż trzysta.
– Ja chcę mieć trzysta paluszki.
– Aniu, ludzie mają dziesięć. Ty też masz dziesięć.
– I ja, i ja! – do rozmowy włącza się dwulatka.
– Dobrze, to razem z Julką macie dwadzieścia. To i tak za mało.
– Jeszcze mam w nóżkach paluszki – zauważa przytomnie czterolatka.
– I ja, i ja! – dodaje dwulatka.
– Dobrze, to razem z nóżkami macie czterdzieści paluszków. To dalej za mało kochanie – ciągnę zauważając absurdalność kompletowania trzystu paluszków w celu odliczenia codziennie jednego z nich, jednocześnie stwierdzając, że dla kilkulatki bardziej absurdalne jest właśnie liczenie w kółko na tych samych palcach, a pokazanie jej trzystu palców naraz dałoby jej jakiś obraz ilości.
– Jeszcze mamy twoje paluszki mamo – ponownie przytomnie zauważa czterolatka.
– To z moimi paluszkami mamy sześćdziesiąt. To dalej za mało kochanie – odpowiadam.
– To skąd możemy mieć jeszcze więcej paluszki? Możemy ulosnąć w oglódku? – zastanawia się czterolatka.
– Nie glódku! – woła dwulatka. – Kupić paluszki!
Naprawdę, czasem się ich boję.

* urodziny
** spanie, w sensie ile razy trzeba pójsć spać

22.07.2014

Moja młodsza potomna, lat dwa, chodzi od kilku miesięcy do przedszkola i, jakby to ująć, robi postępy. Od razu nauczyła się gryźć (dzieci znaczy, bo pokarmy gryzła już wcześniej), wyzywać (smelly, stinky, silly)*, kłaść się na ziemii i drzeć „noooł”, kiedy jej się coś nie podoba.
Nie ma wątpliwości, że nie zna tych zachowań ani ode mnie, ani od starszej siostry. Wyłącznie z  przedszkola. I nawet już się zaczynałam zastanawiać, że to chyba nie jest dobrze, że dziecko powiela wzorce wyłącznie przedszkolne, a kompletnie przestało naśladować matkę.
Aż tu nagle dziś:
– Maaamooo! – woła mnie z ogródka.
Nie reaguję, bo akurat pilnie odgruzowuję kuchnię po drobnym liftingu dokonanym poprzedniego dnia wyrzynarką przez kolegę.
– Maaamooo!!! – drze się głośniej.
Nie chce mi się rzucać szmaty, ale drze się tak, że w trosce o uszy sąsiadów w końcu po piątym razie idę.
– Słucham? – mówię wchdząc na taras.
– Nie szkadzaj. Jestem zajęta – odpowiada.
No, czyli jednak matkę też naśladuje. Co za ulga.

* śmierdzący, cuchnący, głupiutki

18.07.2014

– Mamo, będę rzygać! – czterolatka wpada do kuchni zasłaniając ręką usta.
– Ojej, ojej – odwracam się od zlewu pełnego naczyń i błyskawicznie kalkuluję.
Toaleta jest na górze, zanim tam dobiegnie to puści mi pawia na jedyne kawałki wykładziny jakie posiadam w domu, zamocowane na stopniach.
– Leć do ogródka – mówię.
Wycieram ręce i idę za nią. Podnoszę pierwsze lepsze walające się na tarasie wiaderko zabawkowe.
– Tu – mówię.
– Nie, ja nie lubię lózowy kolol. Ja lubię niebieski.
Rozglądam się za niebieskim wiaderkiem.
– Nie ma. Musisz rzygać do różowego.
– A, to nie chcę – odpowiada dziecię i wraca do salonu.
No cudowne ozdrowienie. Jak nic.

PS. Tak, wiem. Wymiotować. Muszę je nauczyć, że rzygać jest nieładnie, a wymiotować  już ujdzie.

17.07.2014

Idziemy do przedszkola. Czterolatka ze mną za rękę, dwulatka wlecze się za nami podnosząc każdy kamyczek, patyczek, wąchając kwiatki. Zauważam psie odchody na chodniku i ostrzegam czterolatkę, utalentowaną wysoce w ogólnie ujętym „zderzaniu się z drzewem na środku boiska piłkarskiego”.
– Aniu, uważaj, psia kupa. Nie wejdź w nią – mówię.
Omija i odwraca się.
– Julka, uważaj, kupa psa, nie zniszcz jej – poucza siostrę.

16.07.2014

Podobno w rodzicielstwie trudne jest tylko pierwsze czterdzieści lat. Także luz, pierwsze dziesięć procent mam już z głowy.
A tymczasem moje potomne, lat dwa i cztery, przepięknie się socjalizują.
Rok temu, kiedy wyrywały sobie zabawkę, obie darły się w niebogłosy dźwiękami nieartykułowanymi na wyścigi która głośniej i dłużej. Pół roku temu poczyniły postępy i nie darły się tak bardzo, za to okładały się po głowach czym popadło. A obecnie proszę wycieczki, wspomagane nie tylko wyobraźnią własną, ale też wpływem znajomości przedszkolnych, mają do dyspozycji pełną gamę obelg i wyzwisk.
Dziś rano właśnie miały do rozładowania klasyczny konflikt. Obie pchały się na jeden rower. Najpierw się trochę poszturchały, a potem zaczęły.
– Iś stąd! – darła się dwulatka usiłując zepchnąć czterolatkę z siodełka.
– Julka, you’re naughty!* – krzyczała starsza opędzając się od siostry. – You’re not my friend anymore!**
– You smelly sock!*** – nie poddawała się dwulatka.
– You’ve got a boyfriend!**** – koronnym argumentem bezapelacyjnie wygrała czterolatka.
Jestem z nich dumna. Takie małe, a wiedzą, że heteroseksualizm jest obecnie passe.

* Jesteś niegrzeczna.
** Nie koleguję się z tobą.
*** Ty śmierdząca skarpeto!
**** A ty masz chłopaka!