11.06.2014

W drodze powrotnej z przedszkola.
– Mamo, ja nie uniesiem ten pluszakowy lion, on jest too heavy – zaczyna Ania, czterolatka.
– Mówiłam ci, żebyś nie zabierała lwa do przedszkola. Skoro zabrałaś, musisz sama zanieść do domu.
– Ale ja jestem zmęczona. Możesz ty poniesieć go?
– Nie mogę go ponieść, bo mam zajęte obie ręce. Jedną reką prowadzę ciebie, a drugą Julkę.
– To Julka może idzieć sama.
– Juka nie sama! Juka lońćke mamom! – dwulatka włącza się do konwersacji.
– Julka ma wolną rączkę. Ona może poniesieć mój lion – czterolatka zauważa przytomnie po chwili namysłu. – Julka, chcesz pożyczyć mój lion? – pyta siostrę.
– Nie! Juka ce moja monkey! – dwulatka przypomina sobie o swoim pluszaku.
– Nie masz tu swojej małpki, bo nie zabrałaś jej do przedszkola. Czeka na ciebie w domu – tłumaczę jej.
– Ja ce moja monkeyyy! – drze się dwulatka.
– Ja nie kce mój liooon! – ryczy czterolatka.
Ja pier…! Jest dwunasta. Jeszcze siedem godzin, zanim pójdą spać.

10.06.2014

Dziecię moje starsze, lat obecnie cztery, uczęszcza od roku na zajecia z baletu. Raz w tygodniu, pół godziny. Program zajęć jest bardzo napięty; dziesięć minut trwa założeniue stroju baletnicy, dziesięć minut sprawdzenie obecności i rozgrzewka, dziesięć minut zdjęcie stroju. Nie jest więc niczym nadzyczajnym, że dzieci czynią postępy w tempie piorunującym i już po roku zajęć trzy- i czterolatki potrafią samodzielnie strój baletnicy założyć i zdjąć.
Zbliża się koniec roku szkolnego, więc jak na porządną szkołę baletową przystało, nasza wynajęła cały teatr i przygotowała profesjonalne pokazy. Jak na porządną szkołę baletową przystało, skasowali ode mnie fortunę za sam udział dziecka w pokazie, za wypożyczenie jej stroju i za bilet na widowni dla mnie. Wydali również zakaz fotografowania, jak na porządną szkołę przystało i zatrudnili profesjonalnego fotografa.
I tak oddałam podekscytowane dziecię opiekunom za kulisy teatru a sama nie mniej podekscytowana usiadłam na widowni. Po kolei występowały grupy baletowe, street dance, taniec nowoczesny, stepujące i nie pamiętam jakie jeszcze. Wszystko to w różnych grupach wiekowych w różnym stopniu zaawansowania. Całość trwała trzy godziny. Młodzież urocza, umiejętności na dobrym poziomie, stroje profesjonalne, choreografie, no, takie sobie. Już po godzinie mi się dłużyło. Po dwóch mój pogląd podzielała chyba większość sali, bo brawa osłabły jakby wszyscy przysypiali.
Wtedy wkroczyła najmłodsza grupa. Z boku na scenę wpląsała nastoletnia tancerka, za nią gęsiego trzy- i czterolatki w slicznych tęczowych strojach. Moja Anka druga w rządku! Pękłam z dumy! Grupę zamykała też starsza tancerka. Tancerki ustawiły dzieci w rządku i pokazywały co tańczyć. Cały układ zawierał najpierw tuptanie jedną nóżką z przodu, potem tuptanie drugą nóżką, obrót, rączki do góry, rączki w dół, koniec.
Ale kto by tam tańczył, jak się tyle ciekawego dzieje, nie? Jak można kręcić piruety w tej fajnej kiecy wypożyczonej, albo się chwycić za ręce i przeciągać po scenie, albo znaleźć mamę na widowni i do niej wołać i skakać, albo olać wszystkich i tyłem do widowni z głową zadartą do góry podziwiać konstrukcję kurtyn. Tyle ciekawych rzeczy, no kto by tańczył ten nudny układ ćwiczony od roku. Moja Anka na przykłd tuptała nóżką, nie tą, co trzeba,  zamiast eterycznie koniuszkami palców trzmać rąbek zwiewnej sukienki trzymała się pod boki jak przekupa na targu, ledwie utrzymując w tym wszystkim równowagę, i z wywalonym na wierzch językiem i sciągniętymi brwiami w skupieniu szukała mnie na widowni.
Nie muszę dodawać, że dziewczyny zebrały owację na stojąco i łzom wzruszenia nie było końca. Żaden występ przed ani po nie mial takiego aplauzu.
I teraz pytanie brzmi: Posyłać po wakacjach na balet dalej, skoro wyraźnie widać, że im mniej umieją, tym lepiej?

09.06.2014

Czterdziestka moja się zbliża, toteż refleksyjna się zrobiłam. Ostatnio mianowicie zastanawiam się, kim bym chiała w życiu zostać. Jakbym nie analizowała, tak zawsze wyjdzie mi ostatecznie, że najłatwiej byłoby mi zarobić pierwszy milion zakładając bloga z poradami o temetyce: „Jak się odchudzać, żeby nie schudnąć”, gdyż niewątpliwie moim największym, a w zasadzie  jedynym talentem, jest talent do tycia. Wystarczyłoby rano zapisywac mój plan na nową dietę, i wieczorem zapisać jak bardzo to nie wyszło, czyli ile zjadłam. I to jest właśnie słaby punkt planu.  Otóż nie chce mi się tyle pisać wieczorem.
No, ale w minioną sobotę pozyskałam nową inspirację. Miałam bowiem okazję poznać osobiście jedną babeczkę, która tak jak ja, ma dwoje małych dzieci. I tu się podobieństwa kończą, bo jej cholera jakoś wychodzi przewijanie, karmienie, interesy, podróże, granie w filmach i teatrze i wyglądanie jak milion dolarów.
Tak na marginesie, to jest w ogóle niemoralne i powinno być zakazane, żeby po przeleceniu przez Europę samolotem, odegraniu dwóch spektakli, wszystko to jednego dnia, pójść do resatauracji i od niechcenia TAK wyglądać. Tego się po prostu nie robi innym gościom restauracji. Naprawdę.
No, więc pomijając fakt, że z wrażenia się uwaliłam jedną lampką wina i pitoliłam trzy po trzy, to doznałam olśnienia. Gloria natchnienia na mnie spłynęła. Nowy plan. Nowe,  szczupłe życie przede mną. Zasypiałam utulona obrazami z przyszłości, w której mam rozmiar 36, wszystko na mnie dobrze leży, a moje życie dzięki temu odmienia się diametralnie. Od jutra nie jem chleba, masła, słodyczy, nie słodzę, nie solę, nie jem po osiemnastej.
Plan się jak zwykle rypnął, gdyż jak zwykle przypomniałam sobie, że go w ogóle miałam kiedy kończyłam trzecią pajdę z masłem, serkiem i pomidorem na śniadanie.
Natomiast moja młodsza córka, (lat dwa), od kilku dni na każdy posiłek stanowczo żąda kausty kiszonej i zjada tylko to.
Ktoś widział? Słyszał? Takie wsparcie dla matki ze strony dwulatki? Żeby dietę samodzielnie dla matki opracować i ją dla niej trzymać?
Się normalnie wzruszyłam.