27.06.2014

Dziś cytaty. Dwa słowotwórcze i jeden o życiu. Ania, lat cztery.
„Mamo, a dziś pani w przedszkolu pokazywała różne robaki i pytała kto wie jak się nazywają. I ja wszystkie wiełam.”
„Julka, nie wchodź do kałuży, bo nie masz kalosze tylko sandałki. Musisz przeskoczywać.”
„Mamo, wiesz, że kupa i siki się mieszają w nocniku? To dlatego duże dziewczynki robią w toalecie. Tam kupa znika.”

24.06.2014

Dziewiąta rano. Drepczemy do przedszkola. Nagle zauważamy, że po prawej, na samym środku jezdni leży matrwa mewa.
– Mamo, – pyta czteroletnia Ania – co stało ptaszku?
Cholera. Milion razy myślałam co powiem dziecku o śmierci i nigdy nie wymyśliłam. A tu masz.
– Kochanie, ptaszek upadł i nie żyje – zaczynam. – Wiesz co to znaczy nie żyje? – gram na zwłokę.
– Nie. Co znaczy?
– To znaczy, że zasnął bardzo mocno i już się nie zbudzi.
– Nigdy?
– Nigdy.
– I co z nim teraz stanie?
– Przyjdzie ktoś, kto opiekuje się ptaszkami, ułoży go w pudełku, żeby było mu wygodnie i zakopie go na łące pod drzewem. Tak się robi jak ktoś umrze, wiesz? – opowiadam z gulem w gardle, bo w głowie przewijają mi się wszystkie sceny z filmów, w kórych dziecko traciło kogoś bliskiego, a na prowadzenie wysuwała się oczywiście wyimaginowana scena, w której moje dzieci tracą mamę lub tatę i trzeba im to wytłumaczyć.
– I ptaszka nie boli? – pyta dalej.
– Nie, już go nic nie boli – wpadam w patetyczny ton i zdziwiona swoją własną reakcją nie mogę powstrzymać łez.
– Mamo, nie martw się. Jest dużo innych ptaszków jeszcze – pociesza mnie moja czterolatka.
Może i ona jest beksa. Ale z niej silna i mądra babka wyrośnie. Ja to wiem.

23.06.2014

Będąc samodzielną matką cierpiącą na permanentny deficyt waluty zostałam fanką recyklingu ubranek dla dzieci. I w dodatku, kiedy będę już obrzydliwie bogata, dalej będę mogła nią być, gdyż proceder ten jest cool, posh i eco i tak po prostu wypada. Całe szczęście. Aczkolwiek jeśli utrzymam dotychczasowe tempo powiększania majątku, to wszystko wskazuje na to, że nie będę miała już wtedy kogo ubierać w owe ciuszki. Tak mi się przynajmniej wydawało, ale moja czteroletnia córka wyprowadziła mnie dziś z błędu.
Otóż bowiem pomimo, że mój głowny wkład w rynek wtórny ubrań dziecięcych to kreowanie popytu, bo po znoszeniu ciucha przez dwie moje księżniczki nie ma z czym już tworzyć podaży, to się jednak zdarza, że coś mam na zbyciu, i dzisiaj właśnie kiedy oczekiwałyśmy na przybycie koleżanki, przygotowałam dla niej papcie z wizerunkiem Peppa Pig.
– Damy je Gabrysi, bo jest mniejsza od was i będą na nią dobre – powiedziałam, a dzieci się bardzo ucieszyły, bo lubią dawać prezenty.
– Ale mamo  – zaczęła po chwili zastanowienia Ania, – jak Gabrysia już z nich wyrośnie, a my z Julką bedziemy duże i urodzimy nasze córeczki, to Gabrysia nam odda te papcie dla naszych córeczek, dobrze?
No, to mogę spać spokojnie. Ma kto po mnie przejąć pałeczkę.

21.06.2014

Jako matką samodzielną, czyli wiecznie zajętą praniem, gotowaniem i tego typu czynnościami, zmuszającą tym samym córki (lat dwa i cztery) do samodzielnego organizowania sobie czasu, a konwersację z nimi ograniczającą głównie do opierniczania za wymagające sprzątania lub remontu efekty ich kreatywności w zajmowaniu się sobą, targnął mną dziś wyrzut sumienia i postanowiłam, że będę przynajmniej usta do dzieci otwierać częściej niż tylko do wydawania poleceń i zakazów.
Stoję więc dziś przy garach w kuchni, dzieci siedzą przy stole i jedzą racuchy. Nagle starsza stwierdza, że się najadła i wstaje od stołu.
– Wytrzyj rączki – mówię i pdaję jej wilgotną ściereczkę.
– Czemu? – pyta dziecię automatycznie tak jak zawsze o wszytko od pewnego czasu, prawdopodobnie wcale nie licząc na odpowiedź.
– Bo jadłaś rączkami i masz tłuste paluszki. Nie chcę, żeby tłuste paluszki zostawiły ślady na świeżo pomalowanych ścianach. Rozumiesz? – tłumaczę dumna ze swej błyskawicznej przemiany z matki wyrodnej w anioła.
Dziecię porzuca ściereczkę i biegnie do salonu.
– Czekaj! – wołam. – Chyba jeszcze nie wytarłaś dokładnie?
– Taaak – odpowiada z salonu. – Jeszcze zostawiają ślady.
I po co, cholera, po co się wychylałam?

20.06.2014

W drodze do przedszkola. Ania, lat cztery.
– Mamo, a możemy pójść na spacer na księżyc?
– Nie kochanie. Księżyc jest daleko.
– Trzeba lecieć samolotem, tak jak do babci?
– Księżyc jest daleko i wysoko. Samoloty nie latają tak wysoko.
– Ja wiem! Rakiety latają wysoko! Możemy polecieć rakietą.
– Nie możemy. Nie ma takich rakiet, które zabierają ludzi na księżyc na spacer.
– To musi być duża rakieta. Duża rakieta ma dużo siły.
– Kochanie, mówię ci, że nie ma takich rakiet.
– A ptaszki mogą lecieć na księżyc?
– Nie, dla ptaszków też jest za daleko i za wysoko.
– Nawet duże ptaszki?
– Tak, nawet duże ptaszki.
– A kiedy ptaszki nauczą dolecieć na księżyc?
– Kochanie, nie nauczą się. To jest za wysoko.
– A rakieta nauczy?
– Tak, rakieta może kiedyś dolecieć.
– Wtedy pójdzimy na spacer na księżyc?
Do przedszkola mamy jakieś dziesięć minut spacerkiem. Zdąży zadać to pytanie najwyżej dwanaście milionów razy. Luz. Ale ci z przedszkola mają ją przez następne trzy godziny. Przerypane.

19.06.2014

Jak na blog o kupkach i zupkach, będzie dziś szalenie oryginalnie, bo o pieluchach.
Otóż moja dwulatka, która ma dwa lata i cztery miesiące obecnie, zaczęła sama, wcale nie proszona o to, siadać na nocnik i toaletę około drugich urodzin, co oznaczało, że była gotowa na odpieluchowanie. Miała jednak pecha, bo matka jej gotowa na latanie po domu ze szmatą i wycieranie kałuż oraz wieczne przebieranie dziecku gaci nie była.
No, ale od paru dni mamy tu upał jak w tropikach, podłoga w domu stara jest i do wymiany, czyli warunki idealne.
Goni więc dziecię po domu w samych majtach i klapkach i normalnie sukces. Sama woła „siku, siku”. Sama siada na nocnik. Sama wstaje i sprawdza, czy nocnik zapełniony. Woła mnie, albo mi go ostrożnie przynosi. Tylko raz zdarzyło jej się polać po nogach, bo była zamknięta w trampolinie w ogródku i nie zdążyła wyjść na czas. Poza tym pełen sukces. Prawie. Bo żeby jeszcze przed siadaniem na nocnik ściągała majty z pupy, byłoby idealnie.

18.06.2014

Ania, lat cztery, wchodzi do kuchni na czworakach z zabawkowym stetoskopem powieszonym w pasie od tyłu.
– Miau – zagaja konwersację.
Julia, lat dwa, wbiega i zrywa z siostry stetoskop.
– Auuuaaa!!! – starsza drze się w niebogłosy. – Mamooo, Julka mi urwała ogooon! – skarży szlochając.
– Julia, oddaj Ani ogon – mówię nie odrywając wzroku od garów.
– Nie Ani! Ja jestem kotkiem – poprawia starsza.
– Julia, oddaj kotu ogon – poprawiam. – I nie drażnij kota, bo go to boli – dodaję.
– Słyszałaś? – poucza starsza młodszą. – Nie wolno ciągnić kota za ogon – dodaje, ociera łzy i zakłada stetoskop na pupę.
Młodsza bez słowa zrywa go z niej ponopwnie. Starsza bez namysłu gryzie młodszą w przedramię. Młodsza drze się w niebogłosy.
Odrywam się od garów i nabieram powietrza, aby użyć decybeli.
– To nie był ja. To kot uglyzł Julkę – uprzedza mnie czterolatka.
Od kilku dni jej tłumaczę, że ma nie zaczepiać kotów sąsiadki, bo je to boli i mogą ugryźć. Widzę, że zrozumiała.

17.06.2014

Moja młodsza potomna, lat dwa, wprowadziła mnie niepostrzeżenie w ten etap macierzyństwa, który polega na nieustatnym odliczaniu do trzech. Nie, żeby to ode mnie wymagało szczególnego wysiłku intelektualnego, wręcz przeciwnie, trochę mnie nuży.
Bo ileż można razy dziennie patrzeć jak każde wydane jej polecenie lub posiłek kwituje tupnięciem nogą i odpowiedzią: „Nie kce!”? Ile słuchać: „Sama, sama!” kiedy na przykład nie pozwala sobie pomóc ze spodniami, do których włożyła nogi do nogawek od dołu i szarpie się bo nie może ich naciągnąć na pupę?
Żeby to był tylko taki klasyczny bunt dwulatka, to ja w takim wprawę mam po starszym egzemplarzu. Ale nie. Ta sztuka ma oprócz tego wybitny talent do wybrania sobie spośród kilku rzeczy możliwych do zrobienia właśnie tej, która jest najbardziej zakazana i niebezpieczna. Doprowadziła już do tego, że w zasdzie każda czynność za jaką się zabiera jest dla niej potencjalnie niebezpieczna, bo grozi rozwścieczeniem matki, która ma wytrenowane struny głosowe i nie zawaha się ich użyć .
Liczyłam trochę na poprawę po wysłaniu jej do przedszkola dwa miesiące temu, ale mam mieszane uczucia. Dziecko owszem się nauczyło kilku piosenek, ale w przerwach między popisami wokalnymi gryzie siostrę i wyzywa ją: „You smelly sock”*. Tak więc dwa do przodu, trzy do tyłu.
Dziś jednak zobaczyłam światełko w tunelu. Otóż bowiem zjadła śniadanie i pobiegła do salonu. Posiedziała w nim chwilę, podstępnie cicho i spokojnie, po czym wkroczyła do kuchni całkowicie naga. A śniadanie jadła w ubraniu – żeby było jasne. Stanęła więc w drzwiach i szczerzy zęby zadowolona z siebie.
– Idź coś na siebie dziecko załóż, zanim się zdenerwuję – powiedziałam jako wstęp do długotrwałych negocjacji, których się spodziewałam.
Poszła do pokoju i wróciła w koralach na szyi.
Czyli jest przełom w sprawie. Wykonała polecenie.

* „Ty śmierdząca skarpeto!”

16.06.2014

Siódma piętnaście rano.  Ania, lat cztery, siedzi w swoim łóżku z lalką.
– Mamo, moja Dora zbudziła bez butów.
– Kochanie, bo śpi się bez butów.
– Dora śpiła w butach, bo jej było zimno w nóżki.
– Rozumiem. To może w nocy jej się zrobiło ciepło i zdjęła buciki?
– Nie, w nocy spiła. Jej sniło w nocy.
– A co jej się w nocy sniło?
– Że ma buciki.
– A może buciki jej spadły z nóżek same w nocy?
– Ale są nigdzie tu.
– Sprawdź pod poduszką, może się przesunęły same w nocy.
– Mamo, buty same nie idą. One stoją.
No tak. Jak mogło mi to w ogóle przyjść do głowy?

12.06.2014

Ania, cztery lata. Przygląda się truskawkom i borówkom kwitnącym w ogródku.
– Mamo, a możemy mieć jałuszka i gluszki w oglódku? – pyta.
– Nie kochanie. Bo jabłka i gruszki rosną na drzewach, a my mamy mały ogródek i nie ma miejsca na drzewa. Bo drzewa są duże i rosną do góry wysoko, wiesz?
– Aha… – powiedziała i odeszła zamyślona.
Wraca po chwili i rozpromieniona woła:
– Wiem mamo! Będziemy mieć ziemniaki w oglódku. Ziemniaki losną w dół!