24.04.2014

Czterolatka chodzi do przedszkola od dwóch lat.  Dwulatka nie ma innego wyjścia, jak codziennie wraz ze mną odprowadzić i przyprowadzić siostrę.
I od mniej więcej roku dwulatka dzień w dzień robi aferę, bo też chce zostać.
Zaczyna dla niepoznaki od zabawy kuchnią, podczas kiedy ja zamieniam kilka słów z wychowawcą. Kiedy już pożegnam się ze starszą, młodsza rzuca zabawki i ucieka do ogrodu. Ogród duży, ciekawie zagospodarowany. Zwłaszcza w przeciwległych końcach, gdzie zaaranżowane są małe zagajniki ze ścieżkami pomiędzy drzewami. Po kilku pierwszych tygodniach wyszkoliłam się, że choćby się paliło i waliło, to bez wzglęgu na wszystko, muszę choćby kątem oka zdążyć zobaczyć do którego lasku dziecię ucieka. To znacznie ułatwia sprawę.
Znajduję ją, ciągnę za rekę i przekupiam różnymi obietnicami. Potem wycieramy łzy. I nos. I wtedy zazwyczaj okazuje się, że  brama do ogrodu jest już zamknięta i żeby wyjść musimy przejść  przez salę, gdzie wszystkie dzieci bawią się w najlepsze. Co nie jest proste, nie muszę dodawać?
W końcu udaje nam się opuścić budynek, ale to nie koniec, bo na podwórku od frontu ktoś pomysłowy zainstalował zabawki dla dzieci, żeby się im nie nudziło w oczekiwaniu na otwarcie placówki co rano. O problemach udręczonej matki próbującej placówkę z dzieckiem opuścić ten ktoś najwyraźniej nie pomyślał.
W końcu wychodzimy. Dzwięk zamykanej bramy wywołuje u dziecka szloch, gdyż dociera do niej nieodwołalnie, że wyszłyśmy.
I tak dzień w dzień. Od roku.
I oto proszę państwa nadeszła dziś wiekopomna chwila. Od dziś obie moje córki uczęszczają do przedszkola.
Zaprowadziłam więc, zostawiłam.
Trzy godziny spędziłam na delektowaniu się spokojem. Wysłałam milion sms’ów do znajomych o tym, jakie piękne jest życie bez codziennej afery z wychodzeniem z przedszkola. Cud miód.
Wróciłam po dzieci. Pierwszą dali mi młodszą. Po chwili starszą. Starsza miała na nogach nie swoje kalosze, więc pomogłam jej poszukać właściwych.
W tym czasie młodsza spierdzieliła do lasu.

23.04.2014

Pomiędzy potomnością moją (w liczbie sztuk dwóch i wieku dwa i cztery lata) a Peppa Pig zaiskrzyo wczesnym latem ubiegłego roku.
Nie była to chwilowa fascynacja, oj nie, dlatego też obecnie, dzieki konsekwencji i uporowi w przekonywaniu otoczenia, ze szczególnym naciskiem na podatnego w tej materii wujka Andrzeja, że życie bez Peppa Pig nie ma sensu, dzieci moje posiadają na stanie następujące akcesoria okraszone podobizną Peppa Pig lub nią będące: dwa plecaki, dwie koszulki, trzy komórki, dwa portfele, jeden laptop, jedna para butów zimowych, jedna piżama, sześć par majtek, jedna para papci, parasol, osiem płyt DVD, niezliczone ilości kolorowanek i wyklejanek oraz ściany w domu pooklejane nalepkami do wysokości metra dziesięć, a także dwa duże pluszaki, trzy małe pluszaki i po jednym komplecie pościeli. Z Peppa Pig się śpi, je, sika i chodzi do przedszkola.
Tak więc kiedy w Wielki Czwartek wkroczyłam z dziećmi do Funciarni w celu zakupienia Easter Egg i stwierdziłam, że na półkach pozostały Disney Princess, Fairy, Nemo, Shrek, Mickey Mouse i wszystkie inne, tylko nie Peppa Pig, przed oczami stanęło mi wielogodzinne włóczenie się z głodnymi i zasmarkanymi od płaczu dziećmi od sklepu do sklepu i tragedia na miarę unieważnienia świąt z powodu braku nieszczęsnego kawałka czekolady zawinętego z sreberko i wpakowanego w pudełko z wizerunkiem Peppy.
Załamana pociągnęłam dzieci za ręce do pierwszego sklepu obok. Drogiego, ale trudno. Jajka były! Takie jak trzeba. Boże, co za ulga. Mogę nawet zapłacić za nie tę fortunę, która widnieje na metce.
– Dziewczyny, patrzcie, jajka Peppa Pig. Kupujemy? – zapytałam z taką radością, że pani stojąca obok uśmiechnęła się pobłażliwie.
– E… Ja kcem takie inne jajko. Z tamtego sklepu – odpowiedziała czterolatka.
– Ine! – Zawtórowała młodsza.
No to poszłyśmy z powrotem do Funciarni, gdzie starsza wybrała jajko ze Spiderman’em a młodsza z Minnie Mouse.  Każda przytulała swoje i niosła dumnie całą dorgę do domu, gdzie postawiły je na stoliku w salonie i oświadczyły, że teraz może już być Easter.
Czyli era Peppa Pig się skończyła? I co teraz? Jak żyć?

20.04.2014

Ku permanentnej rozpaczy mojej ultrakatolickiej mamy, jej dwie jedyne wnuczki (lat dwa i cztery) nie były nigdy w kościele. Nie było okazji jeszcze. Stan rzeczy ten postanowiłam zmienić w święta i zabrać je na święcenie pokarmów. Nie jest to łatwe w anglikańsko-muzułmańskim kraju, gdzie Wielkanoc sprowadza się do ogólnonarodowego szału jedzenia czekolady, ale do zrobienia.
Osobiście zakupiłyśmy dwa zgrabne koszyczki wiklinowe. Wyściełałyśmy je serwetkami w kolorowe pisanki i kurczaki. Włożyłyśmy baranki, chleb, jajka na twardo pomalowane flamastrami w (nie zgadniecie) różowe kwiatki, i małe pluszowe kurczaczki. Dziewczyny z całkiem rozsądną nutą angielskości we krwi zaproponowały, żeby dorzucić czekoladowe jajka i zajączki. Dorzuciłam i zostawiłam je z tym, aby sobie mogły pokontemplować święta.
Pomyliły jednak kontemplację z konsumpcją, więc kiedy wróciłam po czekoladowych zajączkach i jajkach zostały tylko papierki.
– Idziemy na spacer? – zapytałam, kiedy wytarłam resztki czekolady z twarzy, rączek, sofy, firanki i kaloryfera.
– Taaak! Spaceeeer! – zakrzyknęły obie i zeskoczywszy z sofy zaczęły się krzątać po salonie. Znalazały wózeczki dla lalek, powiesiły na nich swoje koszyczki, dorzuciły do nich zabawkowe komórki i portfele, i oznajmiły, że są gotowe do wyjścia.
Poganki. Babcia się zapłacze.

PS. Do kościoła nie dotarłyśmy, ale i tak było fajnie.

14.04.2014

Julka (lat dwa).
– Julka, powiedz: Olivia.
– O-li-wla.
– Jajecznica.
– Ja-ja-sica.
– Skrzypce.
– Czipsy!
W końcu w papierach ma, że Brytyjka. To zobowiązuje.

Update z dnia 15.04.2014
Następnego dnia Ania (lat cztery) opowiadała cioci Gosi, czyli mamie Olivii, że uczyłyśmy Julkę trudnych wyrazów.
– Mama ucyła Julke powiedzieć „ksypce”, i Julka mówiła „frytki” – zrelacjonowała.

10.04.2014

No wiec ona ma dwa lata i dwa miesiące bez paru dni.
Wstala o 6.30. O 8.30 wyszla z ze mną i czteroletnią siostrą z domu.
Pojechałyśmy autobusem do centrum. Oddałyśmy w sklepie sweter, bo za duży był. Poszłyśmy na autobus. Pojechałyśmy do szpitala. Ja mialam szybki zabieg, one czekały z panią z recepcji. Pojechałyśmy do miasta. W pierwszym sklepie kupiłyśmy rurki do napojów, flamastry, pudełka do mrożenia żywnosci, dwie torebki dziewczęce w kolorze różowym i paczkę czipsów. W drugim sklepie kupiłyśmy tort urodzinowy w motyle i kwiatki, w jedynie słusznym kolorze różowym. Poszłyśmy na autobus. Pojechałyśmy do restauracji z konstrukcją dla dzieci. Zjadłyśmy, one poszalały na konstrukcji. Poszłyśmy do sklepu, kupiłyśmy dla starszej strój wróżki ze skrzydełkami. Poszłyśmy do klubu, gdzie odbędą się urodziny starszej w najbliższy weekend. Potwierdziłyśmy liczbę gości i zapłaciłyśmy. Poszłyśmy (pieszo, bo żadna linia autobusowa nie pasowała) na plac zabaw. W tym celu przeszłyśmy przez osiedle domków i dwa pełnowymiarowe boiska. Do pilki nożnej, żeby była jasność, nie badmintona. Poszalały na placu zabaw. Poszłyśmy na autobus. Dojechałyśmy do domu.
Nie miałyśmy ze sobą wózka. Wszystkie te kilometry zrobiłyśmy na własnych butach.
Jest 18.15. Ja chciałabym zasnąć i spać do sierpnia. Z miny czterolatki wnioskuję, że marzy o tym samym. Tymczasem ona, dla przypomnienia – lat dwa i dwa miesiące, włączyła muzykę i tańczy break dance z elementami free style. Nie zanosi się na to, że zmęczy się przez najbliższy kwatrtał.
Jakbym wiedziała, wzięłabym wózek. Kazałabym jej go całą drogę pchać. Za autobusem.

06.04.2014

W konkurencji „Jak wychować dzieci i się nie spocić” tracę niestety formę. Aczkolwiek jest jeszcze szansa, że to był jednorazowy brak czujności.
Otóż pojechałam z dziećmi na wycieczkę na farmę. Taka wycieczka zorganizowana przez przedszkole. Jedzie się do pobliskiego gospodarstwa i ogląda jak żyją krówki, świnki, kury i tak dalej.
Już w autobusie zaobserwowałam, że jedna z mam, moja koleżanka zresztą, założyła sobie na tę okazję białe tenisówki. „Niedoświadczona jeszcze, pierwszy raz jedzie” – pomyślałam, i z dumą prezentowałam wszem i wobec moje fioletowe, błyszczące Huntery z najnowszej kolekcji, stanowiące zresztą jedyny porządny element garderoby jaki posiadam w ogóle.
Wycieczka bardzo udana – słońce świeciło, krowy muczały, dzieci nie ryczały i ogólnie git. Po godzinie relaksu i filtrowania górnych dróg oddechowych zapachami wsi, kiedy wszyscy mieli już buty szczelnie oblepione dobrodziejstwem natury prosto z obory, wrócilismy do domu.
Przez czterdziści minut wygrzebywania krowiego łajna wykałaczkami z zakamarków podeszw moich Hunterków, i następną goddzinę wietrzenia domu klęłam na czym świat stoi.
Trzeba było wziąć tenisówki. Wrzuciłoby się je do pralki i załatwione.

05.04.2014

Julia, lat dwa. Zdjęła majteczki, zrobiła siku do nocnika, ubrała majteczki. Patrzy jak biorę nocnik i wynoszę do łazienki.
– Bye bye siku! See you soon – woła i macha rączką na pożegnanie.
Uczuciowa widać taka. Przywiązuje się szybko.

04.04.2014

Słyszałam, że normalnie, jak luddzie mają małe dzieci, to te dzieci im chorują. No, to u mnie jakoś nie chce być normalnie.
Moje dzieci przez całą zimę miały łącznie jedn katar, jeden kaszel i jedną gorączkę, co opędzilam łącznie dwoma miarkami paracetamolu o smaku truskawkowym. Ja z kolei calutką zimę mam katar. Jak go czasem podleczę, to natychmiast mam sraczkę, a jak mi się ją uda opanować, to mi się rzuca na gardło. Nie, nie sraczka. Flegma.
Wiosna jest, to myślałam, że przejdzie. Ale nie. Budzę się dziś z gardłem bolącym i nosem zatkanym. Kwadrans i paczkę chusteczek później przydreptują do mnie dzieci, lat dwa i cztery. Przychodzą cichutko, trzymają się za rączki i niosą pod pachami po pluszaku.
„Jezusmaria” – myślę. – „Chore są. Na bank.” Sprawdzam. Gorączki nie ma.
– Co się stało? – pytam nieswojo, bo nikt mi nie skacze po łóżu, nikt się nie bije o miejsce pod scianą, nikt nie ryczy nawet.
– Jesteś chola mamusiu? – Pyta czteroletnia Ania.
– Tak kochanie. Mam katar i kaszel. Chyba dziś nie zaprowadzę cię do przedszkola. Zostaniemy w domu, dobrze?
– Ja możem idzieć sama. Ja wiem dlogę – odpowiada.
– Kochanie, ale małe dziewczynki nie mogą chodzić same do przedszkola. Ktoś je musi odprowadzać – tłumaczę.
– Ale mamo, Julka musi zostać z tobom. Ty jesteś chola.
Cholera, może obiad też same ugotują. I trawę skoszą.

03.04.2014

Mieszkam w małej dzielnicy, wszędzie mam blisko, więc nie mam samochodu. Z tym, że jak pada deszcz, to myślę, żeby jednak mieć. Wybrałam nawet model i rocznik, ale bilingi z kart kredytowych ostudziły mój entuzjazm.
Tymczasem budzę się dziś rano i leje.
Nie, żebym narzekała. Przecież macierzyństwo to leżenie na pachnącej łące, wśród maków i chabrów, roześmiane dzieci biegające boso i pełen relaks. Przecież nikomu nie zdarza się poranna afera o jogurty, bo jeden jest różowy a drugi żółty, kłótnia o to, która robi siku do nocnika, a która do toalety, awantura o majtki z Minnie Mouse i Peppa Pig, płacz, bo dwulatka zaraz po ubraniu jej chce zrobić siku i do tego chce się rozebrać do naga, kolejny płacz, bo czterolatka chce założyć o dwa numery za małe kalosze należące do młodszej siostry, bo na nich jest jej (cztrolatki znaczy) imię z czasów, kiedy były jej, dyskusja o tym, że nie mogą iść dziś do przedszkola ze swoimi wózeczkami dla lalek, bo pada deszcz i lalki zmokną, i o tym, że nie, nie pójdzimy najpierw do sklepu kupić folii przeciwdeszczowej do wózeczków, zgubienie jednego kalosza na schodach przed domem przez dwulatkę i stanie (nie bez zdziwienia) w kałuży jedną nogą w samych rajstopkach.
Przysięgam, że gdybym teraz miała zmusić je do wejścia do samochodu i zapięcia pasów, i patrzeć jak błoto z ich kaloszy jest rozprowadzane po tapicerce, to nie obyłoby się bez ofiar.
Całe szczęście, nie mam samochodu i możemy się spokojnie przespacerować.