28.02.2014

Szósta piętnaście, w łazience.
– Aniu, rób siku kochanie. Toaleta czeka – mówię do czterolatki ziewając.
– Ja kce na nocnik – odpowiada.
– Na nocnik robi Jula.
– Nie! Juja nie nonik! – wtrąca dwulatka, opuszcza spodenki piżamki i próbuje rozpiąć pampersa.
– Dobrze, Jula pierwsza na toaletę – mowię i chę pomóc dwulatce.
– No! Juja sama! – kierowniczka odpycha moje ręce.
– Ja kceee na nocniiik! Ja jestem malutkaaa! – Drama queen zaczyna poranny koncert.
Ignoruję. Ponawiam próbę pomocy młodszej.
– Noł! Maj tejn! – kierowniczka odpycha mnie znowu i dalej walczy. Starsza stoi i ryczy. Tłumaczę, że jeśli jest malutka, to jej pomogę. Pomagam zdjąć spodenki, usiąść na toalecie. Jedna z głowy. W tym czasie kierowniczka rozpina pampersa, rzuca go w kąt i leje po nogach.
– Ojej – mówi szczerze zdziwiona.
Anka wybucha śmiechem.
Julka tapla bosymi nogami w kałuży.
– Fun! – woła.
– Silly Julka! To som siki – Anka nabija się z siostry.
– Ojej – mówi Jula. – Fe – dodaje, i zorientowawszy się, że teraz będzie trzeba się myć gramoli się na podnóżek przy umywalce. – Hands! – woła i zaczyna myć ręce.
– Nie Jula, nie myjemy rąk. Musimy umyć pupę. Ania schoodź z toalety.
– Nie umiem zejść. Jestem malutka.
– Nie pupe! Bemby! Juja mije bemby – kierowniczka przewraca kremy, żeby dosięgnąć do szczoteczki do zębów.
– Ja kciałaaam pierwsza myć zębyyy!!! – Anka rozpoczyna drugi koncert.
A mogłabym teraz stać spokojnie przy jakiejś taśmie. W ciszy skręcać długopisy.

26.02.2014

No nijak nie da się rozpocząć dnia stwierdzeniem „dzięki ci Boże za ten piękny poranek”, bo „Ja pierdole!” samo się wyrywa pierwsze.
Zbudziłam się rano z bólem żołądka, łamaniem w kościach, dreszczami i sraczką.
Ale nie o tym dziś.
Otóż dzieciarnia w ilości dwóch sztuk w wielku cztery i dwa lata, wgramoliła mi się do barłogu, poskakała sobie, pośmiała się, naprodukowała hałasu, i kiedy już cała dzielnica była obudzona, dzieciarnia się zmęczyła i położyła się obok mnie spokojnie.
– Dziewczynki – zaczęłam pół żywa, – dziś nie idziemy do przedszkola, zostajemy w domu, bo mamusia jest chora.
– Oł noł! – zatroskała się Julka, lat dwa, po czym podmuchała i delikatnie pogłaskała bliznę po szczepieniu na moim ramieniu. – Tuli tuli – dodała i objęła mnie rączkami najszerzej jak umiała.
Dostała natychmiastowe uniewinnienie za wszystkie jatki dwuatka, jakie dotąd urządziła.

25.02.2014

Julia, dwa lata i jedenaście dni.
W ciągu ostatnich dwóch tygodni nauczya się sama załatwiać na nocniku (o co nikt jej wcale nie prosił), spać bez smoczka (o co prosiła się sama, bo wszystkie zgubiła), jeździć na hulajnodze, zakładać spodnie lub spódnicę (lub jedno i drugie naraz), zdejmować kurtkę, smarkać nos. Posiłki je sama widelcem (znaczy do zupy daję jej łyżkę, żeby nie było) już od dawna. Dziś pierwszy raz poszła odprowadzić siostrę do przedszkola bez wózka i całą drogę w obie strony szła bez marudzenia.
Przed chwilą wygrzebała kozę z nosa, przyniosła mi ją, powiedziała: „Mamo, kozia” i poszła na sofę, gdzie usiadłszy włączyła przygotowany wcześniej (trzy dni temu to wciąż „przygotowany wcześniej”, a nie „nie schowany po poprzednim użyciu”, tak?) inhalator i przyłożyła sobie sama maskę do nosa. Inhalowała się chwilę po czym zawołała siostrę: „Ania, jo tejn.”
To co, na jutro jej kupię gazetę do poczytania, nie?

25.02.2014

Ania, lat cztery:
– Mamo, siku.
– Idź na górę, bramka jest otwarta.
– Mamo, nie mogę. Moje nóżki są zmęczone.
– To idź powoli.
– Mamusiu, ja zlobię siku na nocnik tutaj.
– Nie. Nie będę latała z nocnikiem na górę.
– Mamo…
– Ania! Masz cztery lata. Idziesz natychmiast na górę, załatwiasz się w łazience i to jest koniec tematu.
Poszła, zrobiła, wróciła.
– Mamo, titu – odezwała się tym razem Julka, lat dwa, której trzeba pomagać i po schodach i w toalecie.
– Siadaj na nocnik dziecko – mówię, bo to potrafi zrobić sama.
– No! Tam! – stoi u podnóża schodów i pokazuje palcem na łazienkę na górze.
No żesz! Musi, że złośliwa taka. Bo ambitna nie ma po kim być.

24.02.2014

Ania (4 lata):
– Mamo, my bawimy z Julką w dom. Ja jestem mamusia, Julka jest mała bejbi.
– Super. I jak się bawicie?
– Ja gotujem i mówiem: „Julka wyjdź z kuchni! Kuchnia nie jest dla dzieci.”

21.02.2014

Julka dostała rower na drugie urodziny. Różowo-fioletowy z Myszką Minnie. Cudo. Za jekaieś dwa lata dosięgnie do pedałów. Julka, nie myszka.
Ale to jest mały kłopot. Gorzej, że Ania dosięga. I jeździ. Po salonie, bo przecież u nas deszcze, powodzie i w ogóle zima.
Nietrudno się domyślić, że właścicieka roweru nie zniosła tego ze spokojem. Lały się.
Najpierw pomyślałam, że schowam rower i na dwa dni zatkam sobie uszy, a potem jakoś to będzie. Ale się ulitowałam. Przytargałam z szopki hulajnogę. Też różową z Minnie. Kierowniczka się rzuciła z werwą do jeżdżenia. No, ale tego z kolei drama queen nie zniosła i zalała się łzami, bo przecież to jej hulajnoga. I zaś się lały.
No to szybciutko została zakupiona druga hulajnoga. Na wszelki wypadek identyczna. Nie było się o co lać, to zaczęły jeździć i się zderzać, nabywając uszczerbki na zdrowiu.
No to migiem zostały zakupione dwa kaski. Różowo-fioltowe. Jeden w kwiatki, drugi w syrenki. Cudo.
Siedzą w kaskach na podłodze w salonie i w absolutnej zgodzie i ciszy oglądają bajkę.
Sprzedam rower i dwie hulajnogi. Ktoś chętny?

20.02.2014

– Mummy, I can’t see – Ania (4 lata) skarży się z sofy na młodszą siostrę zasłaniającą jej telewizor.
– Po polsku proszę – odpowiadam z kuchni.
– Ja nie mogę widzieć. Ona mi słania.
– Zasłania ci, tak? – poprawiam. – Julka, odejdź od telewizora – mówię do dwulatki.
– No, dancing! – woła młodsza.
Porzucam kuchnię i wchodzę do salonu. W telewizji jest program z piosenkami.
– Aniu, zazwyczaj razem śpiewacie i tańczycie podczas tego programu. Nie chcesz dziś potańczyć z siostą?
– No!
– Po polsku proszę.
– No! Nie kce.
– Dobrze. Julka, przesuń się. Tańcz tam. Tutaj zasłaniasz siostrze.
– No! Tutaaaj! – kierowniczka stawia twarde warunki. – Łiiiś on de baś goł…* – rzuca się w wir pieśni i tańca.
– Aniu, to może ty przesuń się na drugi koniec sofy? Bęziesz dobrze widzieć.
– No, thanks.
– To ja idę do kuchni. Dogadajcie się same – mówię i wychodzę.
– Mummyyy!!! Ona mi słaaaniaaa!!! – Drama queen natychmiast uderza w łzawe tony. W sumie, zdziwiona jestem, że od tego nie zaczęła. Chora może jakaś, nieswoja.
Wracam do salonu.
– Albo jedna się przesuwa na podłodze, albo druga na sofie! Ale już! Jak nie, to wyłączam telewizor! I nie zmuszajcie mnie, żbym zaczęła krzyczeć! Bo jak zacznę, to…
– Ojj deeej long – kierowniczka kończy śpiewać i siada na sofie.
Widzieliście ją, Mistrzyni Ciętej Riposty się znalazła.

* Wheels on the bus go round and round
round and round, round and round.
Wheels on the bus go round and round,
all day long.

17.02.2014

Nie spoczywam na laurach. Naprawdę.
Konkurencja – „matka wyrodna”. Jak się państwo domyślają, od razu stałam się liderką. Co ja poradzę. Talent mam.
Moja dwulatka przychodzi do mojej sypialni codziennie rano, dokładnie o godzinie 5.55. Zazwyczaj wdrapywała się na łóżko i przytulała, i tak czekałyśmy aż dołączy do nas Ania i leżenie się skończy. Sprawa się rypła jakiś tydzień temu, bo kierowniczka nie chce ze mną leżeć, tylko ciągnie mnie za rękaw i ze smokiem w buzi mówi:
– Titu, titu.
– Idź sobie dziecko poczytaj, albo coś – mamroczę wtedy z wrodzoną elokwencją i obracam się na drugi bok.
Dziecię przeważnie nie odpuszcza, więc wytaczam działa ciężkie w postaci laptopa z bajkami i mam jeszcze kwadrans drzemki.
Aż tu się dziś zdarzyło, że o 5.55 kierowniczka wychodząc ze swojego pokoju zastała mnie myjącą zęby w otwartej łazience.
– Jeeej! Tituuu! – Zawołała radośnie, podbiegła do toalety, nałożyła na nią nakładkę i zdjęła pampersa.
– Help – powiedziała nie mogąc się wgramolić.
Posadziłam. Usłyszałam, że ciurkiem cieknie.
– Zobiiiłaaam – zawiadomiła, kiedy skończyła.
Pomogłam zejść, nałożyłam gacie na pupę.
– Bavo mamo! – podziękowała. – Happy! – dodała szczęśliwa i podreptala do mojego łóżka.
Gdyby nie przypadek, pewnie bym się dziecku nie dała wysikać do matury.

16.02.2014

Nie ma co kryć, że życie samodzielnej Matki Polki z dala od babć i bez opiekunek to nie sielanka i wydarzeń typu pierwszy ząbek człowiek często nie ma siły celebrować, lub w ferworze walki ich nie zauważa. No, ale ja chyba z tym użalaniem się nad sobą przesadzam.
Jula skończyła wczoraj dwa lata. Na szczęście dla moich wątłych kart kredytowych, jej życie towarzyskie ogranicza się do paru dzieci, toteż udało się odprawić jej urodziny w domu. Zaprosiłam kilkoro maluszków, na każde z nich przypadało około 0,75 mamy, bo niektóre z nich mają mamy na spółkę. Wszystkich uprzedziłam, że menu będzie skromne i takich też spodziewamy się prezentów, najchętniej z „99p store” albo zabawki z odzysku po starszym rodzeństwie.
I co? I mam w domu zapas słodyczy do Wielkanocy (i to przy założeniu, że ja zeżrę z tego połowę), skład nowych ciuchów z metkami na jakieś dwa lata, a wypasionych zabawek jest tyle, że piję właśnie spokojnie drugą kawę bez wstawania od stołu i rozdzielania bijących się o nie potworów. Już mnie tyłek boli, od czterech lat tyle nie siedziałam ciurkiem.
W tej sytuacji widzę, że urodziny Ani za dwa miesiące porządnie mnie po kieszeni szarpną, bo nie dość, że trzeba będzie wynająć jakieś centrum rozrywki, żeby zaprosić wszystkich jej znajomych, to jeszcze muszę zaadaptować poddasze w domu, żeby pomieścić prezenty.