06.09.1012

Nasz lekarz rodzinny zasugerował jakiś czas temu, żeby nocnikowanie Aneczki odwlec w czasie i do niczego jej nie zmuszać dopóki nie wyleczymy problemów z zaparciami, bo stres dodatkowy nie jest jej potrzebny, toteż dziecię radośnie wali kupy w pieluchy.
Jednakże nocnik nie jest nam obcy. Prawie codziennie siadamy sobie na nim i opowiadamy o tym, że należy do niego zrobić siku, kap kap i inne takie. Wspomagamy się czasem czytniem książeczki o tematyce potty training i jest cudnie.
Również codziennie rano nakładamy nakładkę na deskę kibelka i siedzimy na niej i opowiadamy sobie o tym, jak to po nocy trzeba zrobić siku.
Zawsze kończymy zabawę natychmiast, kiedy dziecku się znudzi, nie przytrzymując jej na siłę, więc nic dziwnego, że nie zdarzyło się jeszcze nigdy, żeby choć jedna kropla moczu pojawiła się w nocniku.
Jedynym efektem tego treningu jest przeświadczenie dziecięcia, że nocnik to taka zabawka, którą bawienie się polega na zdjęciu spodni, pampersa i siedzeniu na niej przez chwilę, a potem można wstać i iść z dalej z gołym tyłkiem. Przy czym nie jest ważne, gdzie się nocnik znajduje – w łazience, salonie znajomych, sklepie z artykułami dziecięcymi, w parku przy nie naszym kocyku…
Ale oto dzisiaj, tadam tadam, po tygodniach treningu, dziecię moje dokonało kroku milowego.
Sama ustawiła nakładkę, sama zdjęła spodenki i pampersa, sama wdrapała się i usadowiła na nakładce i sama zrobiła do niej siku. Sama potem zawołała:
– Yes! I did it!
Nie, żebym była niewdzięczna jakaś, ale czy nie mogła użyć do tego toalety zamiast fotela w salonie?

05.09.2012

Tu Julka.
Potrafię już ściągać skarpetki! Mówię wam, ale zabwa!
Mama trochę marudzi, że jak ściągm skarpetki w wózku na spacerze, to może się jakaś skrpetka zgubić, ale ona nic nie rozumie, pewnie dlatego, że nie jeździ wózkiem, przecież to jest najlepsza zabwa.