20.04.2014

Ku permanentnej rozpaczy mojej ultrakatolickiej mamy, jej dwie jedyne wnuczki (lat dwa i cztery) nie były nigdy w kościele. Nie było okazji jeszcze. Stan rzeczy ten postanowiłam zmienić w święta i zabrać je na święcenie pokarmów. Nie jest to łatwe w anglikańsko-muzułmańskim kraju, gdzie Wielkanoc sprowadza się do ogólnonarodowego szału jedzenia czekolady, ale do zrobienia.
Osobiście zakupiłyśmy dwa zgrabne koszyczki wiklinowe. Wyściełałyśmy je serwetkami w kolorowe pisanki i kurczaki. Włożyłyśmy baranki, chleb, jajka na twardo pomalowane flamastrami w (nie zgadniecie) różowe kwiatki, i małe pluszowe kurczaczki. Dziewczyny z całkiem rozsądną nutą angielskości we krwi zaproponowały, żeby dorzucić czekoladowe jajka i zajączki. Dorzuciłam i zostawiłam je z tym, aby sobie mogły pokontemplować święta.
Pomyliły jednak kontemplację z konsumpcją, więc kiedy wróciłam po czekoladowych zajączkach i jajkach zostały tylko papierki.
– Idziemy na spacer? – zapytałam, kiedy wytarłam resztki czekolady z twarzy, rączek, sofy, firanki i kaloryfera.
– Taaak! Spaceeeer! – zakrzyknęły obie i zeskoczywszy z sofy zaczęły się krzątać po salonie. Znalazały wózeczki dla lalek, powiesiły na nich swoje koszyczki, dorzuciły do nich zabawkowe komórki i portfele, i oznajmiły, że są gotowe do wyjścia.
Poganki. Babcia się zapłacze.

PS. Do kościoła nie dotarłyśmy, ale i tak było fajnie.