17.06.2014

Moja młodsza potomna, lat dwa, wprowadziła mnie niepostrzeżenie w ten etap macierzyństwa, który polega na nieustatnym odliczaniu do trzech. Nie, żeby to ode mnie wymagało szczególnego wysiłku intelektualnego, wręcz przeciwnie, trochę mnie nuży.
Bo ileż można razy dziennie patrzeć jak każde wydane jej polecenie lub posiłek kwituje tupnięciem nogą i odpowiedzią: „Nie kce!”? Ile słuchać: „Sama, sama!” kiedy na przykład nie pozwala sobie pomóc ze spodniami, do których włożyła nogi do nogawek od dołu i szarpie się bo nie może ich naciągnąć na pupę?
Żeby to był tylko taki klasyczny bunt dwulatka, to ja w takim wprawę mam po starszym egzemplarzu. Ale nie. Ta sztuka ma oprócz tego wybitny talent do wybrania sobie spośród kilku rzeczy możliwych do zrobienia właśnie tej, która jest najbardziej zakazana i niebezpieczna. Doprowadziła już do tego, że w zasdzie każda czynność za jaką się zabiera jest dla niej potencjalnie niebezpieczna, bo grozi rozwścieczeniem matki, która ma wytrenowane struny głosowe i nie zawaha się ich użyć .
Liczyłam trochę na poprawę po wysłaniu jej do przedszkola dwa miesiące temu, ale mam mieszane uczucia. Dziecko owszem się nauczyło kilku piosenek, ale w przerwach między popisami wokalnymi gryzie siostrę i wyzywa ją: „You smelly sock”*. Tak więc dwa do przodu, trzy do tyłu.
Dziś jednak zobaczyłam światełko w tunelu. Otóż bowiem zjadła śniadanie i pobiegła do salonu. Posiedziała w nim chwilę, podstępnie cicho i spokojnie, po czym wkroczyła do kuchni całkowicie naga. A śniadanie jadła w ubraniu – żeby było jasne. Stanęła więc w drzwiach i szczerzy zęby zadowolona z siebie.
– Idź coś na siebie dziecko załóż, zanim się zdenerwuję – powiedziałam jako wstęp do długotrwałych negocjacji, których się spodziewałam.
Poszła do pokoju i wróciła w koralach na szyi.
Czyli jest przełom w sprawie. Wykonała polecenie.

* „Ty śmierdząca skarpeto!”