11.03.2014

Dziecko moje młodsze, zwane potocznie kierowniczką, choć bez wątpienia bystre jest, bo w końcu nie każdy dwulatek sam z siebie liczy do dziesięciu w dwóch językach i rozpoznaje cyfry na obrazkach, a przysięgam, że nikt jej tego nie uczył, to ma jednak pewien defekt.
Otóż nie rozpoznaje kolorów. Kompletnie nie rozumie idei. Zna nazwy podstatowych kolorów, ale używa ich w sytuacjach nieadekwatnych, a zapytana o kolor czegokolwiek, nie ma pojęcia o co chodzi.
W tej sytuacji nawet ja, matka leniwa, która edukację dzieci sprowadza do jak najszybszego wysłania ich do placówek zorganizowanych i niech tam je uczą, się zaniepokoiłam i wzięłam się za temat.
Przydreptała do mnie dziś o szóstej rano kierowniczka, wdrapała się do mojego łóżka i otwiera ulubioną książeczkę. W książeczce są kolorowe zdjęcia pogrupowane tematycznie. Pojazdy, zwierzęta, warzywa, zabawki, meble. Dochodzimy do strony z kształtami i kolorami. Dziecko pokazuje palcem na niebieski i mówi „green”, na czerwony mówi „yellow”.  Pokazuję, tłumaczę. I nic. W kółko to samo. Odwracam stronę, a tam osoby w różnym wieku i różnych ras prezentują części ciała.
– Blue! Green! Orange! – woła podekscytowane dziecię pokazując po kolei zdjęcia.
Dżizas, nie dość, że daltonistka, to jeszcze rasistka.