10.06.2014

Dziecię moje starsze, lat obecnie cztery, uczęszcza od roku na zajecia z baletu. Raz w tygodniu, pół godziny. Program zajęć jest bardzo napięty; dziesięć minut trwa założeniue stroju baletnicy, dziesięć minut sprawdzenie obecności i rozgrzewka, dziesięć minut zdjęcie stroju. Nie jest więc niczym nadzyczajnym, że dzieci czynią postępy w tempie piorunującym i już po roku zajęć trzy- i czterolatki potrafią samodzielnie strój baletnicy założyć i zdjąć.
Zbliża się koniec roku szkolnego, więc jak na porządną szkołę baletową przystało, nasza wynajęła cały teatr i przygotowała profesjonalne pokazy. Jak na porządną szkołę baletową przystało, skasowali ode mnie fortunę za sam udział dziecka w pokazie, za wypożyczenie jej stroju i za bilet na widowni dla mnie. Wydali również zakaz fotografowania, jak na porządną szkołę przystało i zatrudnili profesjonalnego fotografa.
I tak oddałam podekscytowane dziecię opiekunom za kulisy teatru a sama nie mniej podekscytowana usiadłam na widowni. Po kolei występowały grupy baletowe, street dance, taniec nowoczesny, stepujące i nie pamiętam jakie jeszcze. Wszystko to w różnych grupach wiekowych w różnym stopniu zaawansowania. Całość trwała trzy godziny. Młodzież urocza, umiejętności na dobrym poziomie, stroje profesjonalne, choreografie, no, takie sobie. Już po godzinie mi się dłużyło. Po dwóch mój pogląd podzielała chyba większość sali, bo brawa osłabły jakby wszyscy przysypiali.
Wtedy wkroczyła najmłodsza grupa. Z boku na scenę wpląsała nastoletnia tancerka, za nią gęsiego trzy- i czterolatki w slicznych tęczowych strojach. Moja Anka druga w rządku! Pękłam z dumy! Grupę zamykała też starsza tancerka. Tancerki ustawiły dzieci w rządku i pokazywały co tańczyć. Cały układ zawierał najpierw tuptanie jedną nóżką z przodu, potem tuptanie drugą nóżką, obrót, rączki do góry, rączki w dół, koniec.
Ale kto by tam tańczył, jak się tyle ciekawego dzieje, nie? Jak można kręcić piruety w tej fajnej kiecy wypożyczonej, albo się chwycić za ręce i przeciągać po scenie, albo znaleźć mamę na widowni i do niej wołać i skakać, albo olać wszystkich i tyłem do widowni z głową zadartą do góry podziwiać konstrukcję kurtyn. Tyle ciekawych rzeczy, no kto by tańczył ten nudny układ ćwiczony od roku. Moja Anka na przykłd tuptała nóżką, nie tą, co trzeba,  zamiast eterycznie koniuszkami palców trzmać rąbek zwiewnej sukienki trzymała się pod boki jak przekupa na targu, ledwie utrzymując w tym wszystkim równowagę, i z wywalonym na wierzch językiem i sciągniętymi brwiami w skupieniu szukała mnie na widowni.
Nie muszę dodawać, że dziewczyny zebrały owację na stojąco i łzom wzruszenia nie było końca. Żaden występ przed ani po nie mial takiego aplauzu.
I teraz pytanie brzmi: Posyłać po wakacjach na balet dalej, skoro wyraźnie widać, że im mniej umieją, tym lepiej?