06.04.2014

W konkurencji „Jak wychować dzieci i się nie spocić” tracę niestety formę. Aczkolwiek jest jeszcze szansa, że to był jednorazowy brak czujności.
Otóż pojechałam z dziećmi na wycieczkę na farmę. Taka wycieczka zorganizowana przez przedszkole. Jedzie się do pobliskiego gospodarstwa i ogląda jak żyją krówki, świnki, kury i tak dalej.
Już w autobusie zaobserwowałam, że jedna z mam, moja koleżanka zresztą, założyła sobie na tę okazję białe tenisówki. „Niedoświadczona jeszcze, pierwszy raz jedzie” – pomyślałam, i z dumą prezentowałam wszem i wobec moje fioletowe, błyszczące Huntery z najnowszej kolekcji, stanowiące zresztą jedyny porządny element garderoby jaki posiadam w ogóle.
Wycieczka bardzo udana – słońce świeciło, krowy muczały, dzieci nie ryczały i ogólnie git. Po godzinie relaksu i filtrowania górnych dróg oddechowych zapachami wsi, kiedy wszyscy mieli już buty szczelnie oblepione dobrodziejstwem natury prosto z obory, wrócilismy do domu.
Przez czterdziści minut wygrzebywania krowiego łajna wykałaczkami z zakamarków podeszw moich Hunterków, i następną goddzinę wietrzenia domu klęłam na czym świat stoi.
Trzeba było wziąć tenisówki. Wrzuciłoby się je do pralki i załatwione.