04.07.2014

Piątek. Szósta trzydzieści.
– Mamo, bałdzo hungry* – oświadcza dwulatka.
Ja piernicze. Cyborg jakiś. Nie mogła spać w nocy. Piętnaście razy przylazła do mojego łóżka, piętnaście razy szła siku robić, negocjowała płaczem zejście na dół i oglądanie bajek. Dwie godziny to trwało. Ja jestem wykończona, a ona jasna cholera rześka jak skowronek tu stoi i ma czelność mnie budzić!
– Idź do siebie i nakarm najpierw wszystkie lalki – mamroczę półprzytomna.
– Nie mamo. Bułke lelinkom – negocjuje.
– Nie zrobię ci bułki z wędlinką teraz, bo śpię. Śniadanie będzie o ósmej – oświadczam.
– Selkiem? – nie odpuszcza.
Odwracam się na drugi bok. Dziecię słusznie dochodzi do wniosku, że więcej pożytku będzie miało z zabawek niż z matki i wychodzi. Nastaje błoga cisza.
Nie wiem ile trwała, bo zasnęłam.
Zbudziło mnie delikatne szturchanie dziecięcą rączką. Otwarłam jedno oko. Obok łóżka stała bez słowa moja dwulatka. Z jej lewego oka wystawał jakiś przedmiot, wielkości i kształtu mniej więcej połowy grubego cygara.
Niesiona gigantycznym uderzeniem adrenaliny w ciągu pół sekundy usiadłam, wyobraziłam sobie pogrzeb dziecka, rozpacz rodziny i salę sądową, na której skazują mnie za nieumyślne spowodowanie śmierci.
Przetarłam oczy i zobaczyłam wyraźnie.
Znalazła gdzieś takie okrągłe, samoprzylepne kawałki filcu do podklejania mebli. Skleiła je w słupek i przykleiła to sobie do zamkniętej powieki.
– Mamo, I’m a pirate!** – wyszczerzyła zęby zadowolona z siebie.
Ja pier…! Zmienią mi zarzut jak nic. Na morderstwo w afekcie.

* „głodna”
** „Jestem piratem!”