04.04.2014

Słyszałam, że normalnie, jak luddzie mają małe dzieci, to te dzieci im chorują. No, to u mnie jakoś nie chce być normalnie.
Moje dzieci przez całą zimę miały łącznie jedn katar, jeden kaszel i jedną gorączkę, co opędzilam łącznie dwoma miarkami paracetamolu o smaku truskawkowym. Ja z kolei calutką zimę mam katar. Jak go czasem podleczę, to natychmiast mam sraczkę, a jak mi się ją uda opanować, to mi się rzuca na gardło. Nie, nie sraczka. Flegma.
Wiosna jest, to myślałam, że przejdzie. Ale nie. Budzę się dziś z gardłem bolącym i nosem zatkanym. Kwadrans i paczkę chusteczek później przydreptują do mnie dzieci, lat dwa i cztery. Przychodzą cichutko, trzymają się za rączki i niosą pod pachami po pluszaku.
„Jezusmaria” – myślę. – „Chore są. Na bank.” Sprawdzam. Gorączki nie ma.
– Co się stało? – pytam nieswojo, bo nikt mi nie skacze po łóżu, nikt się nie bije o miejsce pod scianą, nikt nie ryczy nawet.
– Jesteś chola mamusiu? – Pyta czteroletnia Ania.
– Tak kochanie. Mam katar i kaszel. Chyba dziś nie zaprowadzę cię do przedszkola. Zostaniemy w domu, dobrze?
– Ja możem idzieć sama. Ja wiem dlogę – odpowiada.
– Kochanie, ale małe dziewczynki nie mogą chodzić same do przedszkola. Ktoś je musi odprowadzać – tłumaczę.
– Ale mamo, Julka musi zostać z tobom. Ty jesteś chola.
Cholera, może obiad też same ugotują. I trawę skoszą.