03.07.2014

Ponoć w kraju mym ojczystym awantura straszna rok temu była, żeby mianowicie nie posyłać sześciolatków do szkół, bo szkoły nie są na to gotowe.
Dochodzę więc do wniosku, żem jak zwykle więcej szczęścia niż rozumu miała, żem dzieci na brytyjskiej ziemi porodziła, gdzie się do szkoły idzie w wieku lat czterech. Codziennie, na bite sześć godzin. W mundurkach.
Na szczęście szkoły są na to przygotowane, dzieci zadowolone, a rodzice czterolatków wniebowzięci. A już ja bez wątpienia najbardziej z nich.
Moja czterolatka od tygodnia codziennie przymierza mundurek, czyta z elementarza „Ala i As” i odlicza dni do piątku, kiedy to podekscytowana chodzi do szkoły na godzinę, żeby poznać nową panią, nowe dzieci i miejsce.
Ale kłopot jest. Na spotkania chodzi z nami też młodsza moja potomna, zwana potocznie kierowniczką, i ona jest bez wątpienia najbardziej gotowym na pójście do szkoły dzieckiem w powiecie.
Po pierwszym kwadransie wiedziała co gdzie leży, który kącik z klockami, który do czytania, do rysowania. Poprzenosiła flamastry, kredy i pędzle na odpowiednie miejsca, bo były pomieszane. W drugim kwadransie została samozwańczą przewodniczącą i poustawiała przepychające się do zjeżdzalni czterolatki w kolejke. Dalej nie wiem co było, bo nauczycielki mnie na kawę wysłały.
I kłopot jest taki, że ona nie dopuszcza do świadomości żadnej innej możliwości jak ta, że od września idzie do szkoły razem z siostrą. Łatwiej będzie mi rozpętać ogólnokrajową awanturę wymuszającą na rządzie możliwość wysłania do szkoły dwulatków, niż  przekonać moją kierowniczkę, że ona pójdzie do szkoły dopiero za dwa lata.
Na wszelki wypadek zamówię jeden mniejszy mundurek.