03.05.2014

Jako osoba z urodzenia obdarzona talentem do użalania się nad sobą, z okresu edukacji przedszkolnej pamiętam głównie przeżycia traumatyczne.
Takie na przykład czerwone kokardy. Moda taka była, na kucyki z czerwonymi kokardami. Co wieczór przygotowywałam dwie czerwone wstążki, co wieczór mama obiecywała, że będę mieć kokardy we włosach jutro, i co rano była już w pracy kiedy się budziłam, a ojciec ani myślał się z kokardami certolić. Więc codzień w przdszkolu miałam kokardy w kieszonce na chusteczkę i popłakiwałam po kątach, że nikt mi ich nie zawiązał. Pierdoła taka, ale do dziś jak o tych kokardach sobie przypomnę, to mi gul w gardle staje.
Dlatego świadoma, że to co siedzi w głowie takiemu kilkulatkowi to całkiem poważne sprawy są, odpuszczam dzieciom, jeśli widzę, że im naprawdę na czymś zależy. Glównie dotyczy to tego z czym śpią i z czym wychodzą z domu. Jak się dwulatka uprze, że chce jedną torebkę mieć na szyi, a drugą w ręce, to niechże sobie tak idzie do przedszkola, co mi szkodzi. Jak czterolatka chce mieć trzy kucyki na głowie, to niech ma. Jak któraś chce isć spać nie z pluszakiem, tylko z różowym czajnkiem śpiewającym piosenkę o „tea time”, to niechże sobie z nim śpi. Przedwczoraj na przykład starsza stwierdziła, że jej poduszka będzie jej przytulanką. I rzeczywiście spędziła noc z głową na przescieradle i poduszką w objęciach.
Oponuję tylko wtedy, kiedy coś jest zbyt trudne w wykonaniu, jak na przykład zabranie wózeczków z lalkami i hulajnog jednoczeście. Tak właśnie było wczoraj rano.
– Musicie wybrać. Albo wózeczki, albo hulajnogi. Razem się nie da – powiedziałam przed samym wyjściem z domu i poszłam do toalety.
Kiedy wróciłam stały gotowe pod drzwiami.
Jedna miała na sobie kapelusz kowbojski z dużym rondem i w ręce różowy koszyczek na zakupy z portfelem Peppa Pig i kolorowanką w środku, a druga dzierżyła pod pachą poduszkę z którą spała.
One chyba ze mnie kpią.