03.04.2014

Mieszkam w małej dzielnicy, wszędzie mam blisko, więc nie mam samochodu. Z tym, że jak pada deszcz, to myślę, żeby jednak mieć. Wybrałam nawet model i rocznik, ale bilingi z kart kredytowych ostudziły mój entuzjazm.
Tymczasem budzę się dziś rano i leje.
Nie, żebym narzekała. Przecież macierzyństwo to leżenie na pachnącej łące, wśród maków i chabrów, roześmiane dzieci biegające boso i pełen relaks. Przecież nikomu nie zdarza się poranna afera o jogurty, bo jeden jest różowy a drugi żółty, kłótnia o to, która robi siku do nocnika, a która do toalety, awantura o majtki z Minnie Mouse i Peppa Pig, płacz, bo dwulatka zaraz po ubraniu jej chce zrobić siku i do tego chce się rozebrać do naga, kolejny płacz, bo czterolatka chce założyć o dwa numery za małe kalosze należące do młodszej siostry, bo na nich jest jej (cztrolatki znaczy) imię z czasów, kiedy były jej, dyskusja o tym, że nie mogą iść dziś do przedszkola ze swoimi wózeczkami dla lalek, bo pada deszcz i lalki zmokną, i o tym, że nie, nie pójdzimy najpierw do sklepu kupić folii przeciwdeszczowej do wózeczków, zgubienie jednego kalosza na schodach przed domem przez dwulatkę i stanie (nie bez zdziwienia) w kałuży jedną nogą w samych rajstopkach.
Przysięgam, że gdybym teraz miała zmusić je do wejścia do samochodu i zapięcia pasów, i patrzeć jak błoto z ich kaloszy jest rozprowadzane po tapicerce, to nie obyłoby się bez ofiar.
Całe szczęście, nie mam samochodu i możemy się spokojnie przespacerować.