02.09.2011

Kilka dni temu, podczas kiedy w kuchni realizowałam swe ambicje przy stercie garów do umycia, małżonek mój szanowny zacieśniał w salonie więź emocjonalną z telewizorem, podczas gdy dziecię nasze dryfowało wkoło niego. W przerwie reklamowej mężuś stwierdziwszy, że dziecię wpycha palce do prawej dziurki w nosie i pociera dłonią po nosie z wierzchu, niezwłocznie przekazał mi opiekę nad potomstwem słowami:
– Ej, ona se chyba coś do nosa wcisła – i przełączył kanał.
Zajrzałam, poświeciłam latareczką, nic nie wypatrzyłam.
Następnego dnia dziecięciu zaczął się katar, trwał dwa dni i przebiegał regulaminowo, odbiegając od normy nieznacznie jedynie faktem, że występował w jednej tylko, lewej dziurce. Prawa pozostawała sucha i czyściutka.
Weszłam więc na ulubione forum, gdzie Matki Polki dniem i nocą służą dobrą radą i dyskwalifikując konkurencję w plebistycie o tytuł Miszcza W Zadawaniu Gupich Pytań, zapytałam dziewczęta, czy można mieć katar z jednej dziurki w nosie?
Ponieważ na Matki Polki można liczyć zawsze, już po pierwszych kilku poradach targnęły mną wyrzuty sumienia, żem wyrodna matka, bo z dziecięciem powinnam była na pogotowie dwa dni temu jechać.
Toteż następnego ranka pojechałam na A&E do szpitala.
Pierwsza pani pielęgniarka nie wiedziała co ze mną zrobić. Zajrzała wziernikiem i nic nie zobaczywszy głęboko się zadumała.
– Are you from Poland? – zapytała po chwili i usłyszawszy odpowiedź twierdzącą wiedziała już, że odesłanie mnie z kwitkiem, czy choćby z paracetamolem, będzie nietaktem, gdyż nie zaspokoi mojej narodowej potrzeby udramatycznienia sytuacji, toteż przekierowała mnie do Walk-in Centre przy szpitalu.
Tam druga pani pielęgniarka wiedziała doskonale co ze mną zrobić. Już od drzwi wysyłała mnie na drzewo, bo skoro nikt nie widział faktu, nie ma gorączki, nie ma krwawienia i jedynie mężusiowi się wydaje, to o co mi w ogóle chodzi? A najbardziej frustrowało ją to, że nie mogła nic wpisać w rubryczkę pt.: Co dziecko wsadziło do nosa. Tak nalegała, że specjalnie dla niej wymyśliłam, że to mogło być nasionko słonecznika, które mężuś nałogowo pochłania przed telewizorem siedząc.
Ostatecznie zobaczyła chyba w moich oczach zawód spowodowany przemożną chęcią przeżycia jakiejś przygody w dniu dzisiejszym, więc mnie na odczepnego przekierowała do Ear&Nose Department.
A tam z kolei przyjął nas młody i mega przystojny pan doktor. Mówię wam, każdej babeczce na jego widok serce by mocniej zabiło (a już zwłaszcza wściekłej na męża, przez którego beztroskę od rana robi z siebie idiotkę w szpitalu), ale byłam bez szans, gdyż pan doktor od pierwszego wejrzenia rozkochał w sobie moją córkę. Z uśmiechem na twarzy, z pełnym uwielbieniem, oczętami wgapiając się w doktora niczym tatuś w telewizor, dała sobie pogrzebać w obu dziurkach nosa wziernikiem, potem mniej szczęśliwa, ale dalej szczerze oddana pozwoliła wsadzić sobie do obu dziurek kamerkę i z rozpędu jeszcze dała przebadać uszy.
Wszystko czyste i perfect.