01.07.2014

Jako matce samodzielnie wychowującej przyszłych brytyjskich podatników w liczbie sztuk dwóch, przysługuje mi prawo do dożywotniego wynajmu lokalu mieszkalnego z zasobów miasta po preferencyjnej cenie. „Dajom to biere”, że zacytuję klasyka, zwłaszcza, że innej opcji na dach and głową nie mam. I tak oto w wielkim skrócie dwa miesiące temu objęłam w posiadanie dwusypialniowy, szeregowy dom do kapitalngo remontu.
Od dwóch miesięcy koczuję z potomswem to w jednym pokoju to w drugim, podczas gdy reszta pomieszczeń podlega remontowi prowadzonemu systemem gospodarczym, to znaczy z bieżących środków kupuje się to farbę, to kawałek podłogi czy jakiś karnisz na ten przykład i wzywa się odpowiedniego fachowca. Styl aranżacji i kolejność wykonywania prac jest wynikową wszystkich dostępmych aktualnie na rynku promocji.
Obecnie w mojej szafie rezyduje nowa umywalka, dziś znalzłam tani panel boczny do wanny. I płytki do łazienki akurat przecenili o połowę, te najtańsze. Czyli następnym rzutem pójdzie pod młot łazienka.
Niewiarygodne jest to, że udało mi się dwu- i czterolatce wmówić, że wszystko to jest fantastyczną przygodą. Ba! Mało tego, że znajdując się w oku cyklonu remontowego są przekonane, że przeżywają właśnie przygodę życia, to jeszcze nawiązują bezcenną więź z domem, w którym, mam nadzieję, spędzą dzieciństwo i dorastanie.
A przekonała mnie dziś o tym moja czterolatka.
– A wiesz mamo, jak będziemy dorosłe, to ty i Julka znajdziecie nowy dom i zrobicie sobie remont – zagadnęła mnie dziś.
– Tak? A ty? – zdziwiłam się.
– Ja zostanę tutaj. Tutaj jest fajnie.
Cwaniara.