Wyznanie

Od pięciu lat jestem singielką. Z wyboru, z przekonania, z powołania. Jedyną, ale za to dużą trudnością do pokonania w tym stanie rzeczy jest przekonanie otoczenia, że to nie dobra mina do złej gry, ale naprawdę lubię być sama, tak mi jest lepiej, wygodniej i jestem z tym szczęśliwa. Zajęło to kilka lat, żeby znajomi przestali mnie mniej lub bardziej subtelnie swatać, oraz żeby płeć mniej piękna odczytywała prawidłowo moje sygnały, jasno oznaczające, że nie mam najmniejszej ochoty ani na randkę, ani na wspólny wsad do pralki. Ale w końcu się udało i już od dawna jestem wolna od wszelkich damsko-męskich sytuacji.
Znalazł się jednak jeden mężczyzna, który był ponad to, który nie zważając na konwenanse, instynktownie i niespodziewanie przeniósł naszą przyjacielską acz płytką dotychczas relację na najwyższy stopień intymności, którego dane było zaznać niewielu.
– Patrz, to jest liść w kształcie serca. To dla ciebie – powiedział dziś do mnie, kiedy spędzaliśmy wspólnie leniwe, słoneczne, złoto-jesienne przedpołudnie w parku.
– Naprawdę, dla mnie? Dziękuję ci. Jestem wzruszona – odpowiedziałam.
– Ja porafię wszystko zrobić dla ciebie, nawet dużą kupę, bo mi się chce.
Filip, lat trzy.
Deklarację spełnił. Solidnie i starannie, pięć minut później, w pobliskiej toalecie.

Wnuczka prawdę ci powie

„O, jak ci dobrze, twoja mama przyjedzie. Będziesz mieć ugotowane i posprzątane, odpoczniesz sobie” – usłyszałam jakieś szesnaście razy u progu tegorocznych wakacji. Nie wiem doprawdy, skąd ludzie biorą takich rodziców, że mają okna pomyte, dywany wyprane i ciasto na stole, a do tego przypilnowane dzieci.
Moi są 70+ i nie po to do mnie lecą, żeby siedzieć w domu i mi sprzątać. Jakby im w ogóle przyszło kiedykolwiek do głowy, żeby coś sprzątać, to domniemywam, że zaczęliby od własnego domu raczej. Gotować też ani myślą. Babci rozrusznik serca nie jest kompatybilny z moją kuchenką, a Dziadka umiejętności z całą resztą kuchni. Każdej zresztą.
Za to buty przywieźli górskie, wygrzebali mi z biblioteczki przewodniki i mapy pobliskiego parku narodowego i dawaj zwiedzać. Niewiele tym razem, bo padało dużo. Ale rezerwat ptaków, wąwóz, wodospad, jeden szczyt, dwa zamki, muzeum, plaża. Także w charakterze publiczności place zabaw, basen i klub wspinaczkowy. Spacery do portu nad rzeką i do katedry to na rozgrzewkę przed śniadaniem.
A że w przerwach między transportowaniem ich na te wojaże a znoszeniem ton prowiantu do chałupy i przetwarzaniem go na posiłki, musiałam codziennie wpaść do pracy, żeby przynajmniej na paliwo zarobić, to i wnuczkami się zdążyli trochę nacieszyć. Babcia zwyczajem sowim sznupała po biblioteczce wynajdując książki do czytania lub gry planszowe, Dziadek zaś improwizował bez pomocy naukowych i odpytywał dzieci z zakresu matematyki, uparcie przekomarzając się i przeprowadzając dowody na papierze, że mianowicie jeden i siedem to siedemnaście, z dwa razy siedem to siedemdziesiąt siedem, z czego potomne moje, niepohamowanie się chichrały.
Po dwóch tygodniach tej sielanki nastąpił wieczorek pożegnalny, podczas którego potomne popisywały się śpiewem, tańcem i recytacją, a ja serwowałam napoje. Ukoronowaniem wieczoru była atrakcja przygotowana przez młodszą moją potomną, Julię, lat pięć i pół.
– To są magiczne kamienie – powiedziała kładąc przed nami pudełko po pralinkach, wypełnione we wgłębieniach różnej wielkości kamieniami, mieniącymi sie ferią barw, za sprawą lakierów do paznokci. – Każdy musi wybrać jeden kamień i potrzymać, a ja powiem, jaką moc macie. Dziadek, ty pierwszy – poinstruowała.
Dziadek długo sie zastanawiał, w końcu wybrał. Z pełną powagą podniósł, zacisnał w dłoni, potrzymał, odłożył.
– Teraz masz taką moc, że będziesz wszystko umiał. Bo ty nic nie umiesz, nawet liczyć – zakomunikowała majestatycznie.
Dziadek, lat 70+. Emerytowany nauczyciel akademicki. Czterdzieści lat pracy dydaktycznej ze studentami. Kierunek fizyka. A liczyć nie umie.

Życie w cytatach (29)

Julia, lat pięć i pół. Podczas wycieczki w lesie.
– Mamo, to jest prezent dla ciebie. To jest magiczny patyk.
– Dziękuję. A jaką ma moc ten patyk?
– Zebierze cię w każde miejsce, jakie sobie zamarzysz.
– A jak on to robi?
– Musisz pomyśleć sobie takie miejsce, musisz wziąć ten patyk do auta i tam pojechać.

Życie w cytatach (27)

Julia, pięć i pół roku.
– Mamo, to było soo funny*. Te chłopcy na nas krzyczyli i krzyczyli, a ja powiedziałam, żeby oni turn around**, i oni turn aroundowali się, i tam były nasze friends boys***, które są duże bardziej than**** oni, i oni przestraszyli i uciekli.

* bardzo śmieszne
** obrócić się
*** koledzy chłopcy
**** niż

Konsekwencje

– Mamo, ja nie chcę iść dziś na balet – powiedziała niedawno moja młodsza córka, lat pięć. Oznajmiła to nie odwywając wzroku od Minecrafta na telewizorze i nie zwalniając zawrotnego tempa obsługi kontrolera swymi pięcioletnimi kończynami górnymi.
„Jasne, nie chce ci się dupy ruszyć i gry przerywać” – pomyślałam stojąc z kawą w drzwiach na taras i patrząc co mi tam dziś nowego zakwitło na rabacie. Wzięłam porządny wdech.
– Juleczko – zaczęłam, – pamiętasz, jak rozmawiałyśmy o tym, że jeśli się zdecyduje na coś chodzić, to trzeba nie opuszczać, bo jeśli się opuszcza, to się nie robi postępu, i wtedy to jest strata czasu, bo przecież chodzi o to, żeby się starać być coraz lepszym? – Wyłożyłam krótko i zwięźle. – To się nazywa systemetyczność i konsekwencja – dodałam, całkowicie już po bandzie, bo tych słów pięciolatka której język polski jest językiem drugim, używanym mniej, w ogóle nie zarejestruje.
– To ja już nie chcę chodzić na balet wcale – powiedziała czym prędzej, zanim doszłam do konkluzji, że na wszystko jest czas, teraz na balet, na xbox’a potem.
– Naprawdę? Dobrze, to nie będziesz chodzić wcale. Twoja wola. Wyłącz proszę grę, pójdziemy na zajęcia, gdzie podziękujesz pani za trzy lata nauki i powiesz, że więcej nie będziesz chodzić, bo zmieniłaś zdanie.
– A dlaczego tak? – oderwała wreszcie wzrok od gry, przestała klikać palcami w klawisze i spojrzała na mnie. Powoli docierało do niej, że ma naprawdę zrezygnować z baletu, na który chodzi od lat i go uwielbia.
– Bo tak wypada – powiedziałam. – Tak się to załatwia, jak się odchodzi z zajęć, na które się chodziło tyle lat – dodałam, a w głowie zaświtało mi, żeby dowalić, że po drodze kupimy kartkę z podziękowaniami i kwiaty, ale powstrzymałam się i nie dobiłam jej, bo jej oczy były już wystarczająco okrągłe i szkliste.
– I już potem nie pójdę nigdy więcej? – Zapytała głosem prawie złamanym.
– Nigdy więcej – byłam okrutna.
– A nie, to ja chcę chodzić.  Ja lubię.
Wyłączyła grę, wzięła torbę ze strojem i pjechałyśmy. Kiedy weszła do szatni i zobaczyła koleżanki, przebrała się i po temacie rezygnacji z baletu nie było śladu.
Wykład o systemetyczności i konsekwencji nie poszedł jednak w zapomnienie. Przywalił mi rykoszetem z nienacka dziś o piętnastej z minutami. Odebrałam dzieci ze szkoły i w drodze do domu zaproponowałam młodszej córce:
– Juleczko, a może byś dziś raz jeden nie poszła na zbiórkę Rainbows*, bo w tym czasie jest pierwszy mecz Radwańskiej na Wimbledonie, i bardzo mi zależy, żeby go obejrzeć. Możemy zresztą obejrzeć razem. Co ty na to?
– Nie. Rainbows – odpowiedziała krótko i konkretnie.
– Ale Jula, bardzo cię proszę. Wszędzie cię zawsze wożę. Ten jeden raz. Zależy mi.
– Mamo, trzeba być sysempaczycznym i mieć konsefencje – oznajmiła i tym samym zakończyła dyskusję.
Na Rainbows zawiozłam. W brodę pluję sobie do teraz.

* odpwiednikpolskich Zuchów, dla dziewczynek

Katrka z kalendarza (9)

Dziesiąty czerwca anno domoni 2017.
Na Wyspach Teresa May właśnie przegrała wybory, które wygrała.
W Polsce pełna mobilizacja dachu Stadionu Narodowego przed meczem z Rumunią.
Wszystko to mało istotne jednak, bo oto dnia dziesiejszego dziecię me młodsze, lat pięć o imieniu Julia, pojechało na swą pierwszą całodzienną autokarową wycieczkę. Pojechała, wyszalała się, zjadła prowiant, wróciła. Nie zarzygała autokaru. Niby nic, ale odnotować trzeba.

Życie w cytatach (26)

Szpital, sala pooeracyjna. Matka singielka w trakcie wybudzania ze znieczulenia po laparoskopowym usunięciu zużytych elementów wyposażenia wewnętrznego w części korpusa.
Lekarz: Wiesz gdzie jesteś?
Matka singielka: Tak.
Lekarz: Wiesz kim jestem?
Matka singielka: Tak.
Lekarz: Jak się czujesz?
Matka singielka: Głodna.
Kurtyna.

Z poradnika Umęczonej Matki Polki – porada XXVIII

Jeżeli jesteś jeszcze bezdzietna a stoisz właśnie na skraju przepaści pieluchowo-butelkowej zastanawiając się czy skoczyć, jeżeli szukasz argumentów za i przeciw, posłuchaj doświadczonej matki.
Otóż nie bój się nocnych wielogodzinnych kolek, zasranych materacy, zarzyganych garsonek, dźwigania wózka na trzecie piętro, słoiczkowych papek na ścianach, flamastrowych dzieł na parkiecie, kupy w kąpieli, framug obitych rowerkiem, gorączek, angin, szkarlatyn, zabezpieczania okien na klucz, barykadowania kuchenki gazowej, sikania w gacie w kinie, łamania nóg na drabinkach pod blokiem, trzymania robaków w pudełku pod łóżkiem, histerii u fyzjera.
Wszystko to nic. Czysta przyjemność można powiedzieć.
Bowiem nastanie dzień, kiedy dziecko zabierze cię na roller coaster*.

* kolejka górska

Z poradnika Umęczonej Matki Polki – porada XXVII

Jeśli od momentu ujrzenia dwóch kresek na teście ciążowym, jako obraz błogiej sielanki w twojej głowie projektuje się wizja ciebie i twojego potomka, leniwie rozwalonych na ogromnej kanapie wśród poduszek, w ciszy każde czytające swoją książkę, jeśli ta wizja trzymła cię przy życiu podczas kilkuletniego armagedonu pieluchowo-butelkowego, jeśli w końcu radość i duma rozpierająca twe serce na widok każdej nowo poznanej literki, złożonego poprawnie słowa, każdej płynnie przeczytanej czytanki szkolnej, jeśli ta radość osiągnie w końcu spełnienie i po siedmiu latach masz w domu dziecię, które leży obok ciebie na sofie i wtulone w poduszki połyka coraz to nowe pozycje, rzuć wszystko i kontempluj, chłoń, raduj się, zapamiętuj.
Bowiem sielanka skończy się już po dwóch tygodniach. Dziecko zacznie ci swoje książki polecać.