Basen

Chodzimy na basen, na półgodzinne lekcje raz w tygodniu. Od póltora roku chodzimy. Tydzień w tydzień. Siedzę ja co tydzień godzinę na zydelku pod ścianą i oglądam, jak jedna i druga po kolei pluskają się w wodzie. Pluskają, skaczą, zanurzają, bawią jakimiś zabawkami, deskami, piłkami, cudami. Czasem machają rękoma, czasem nogami, jakieś wdechy wydechy ćwiczą. I nic. Półtora roku, a pływania to dalej nie przypomina.
W zasadzie ufam ludziom, którzy się czymś zajmują zawodowo. Lekarzom, nauczycielom, trenerom; zakładam że wiedzą co robią i się w ich robotę nie wtrącam. Zazwyczaj bardzo dobrze na tym wychodzę. No, ale serio, półtora roku moczą dzieciny te dupki w chlorze, i nie zanosi się, że kiedyś popłyną.
Aż tu wczoraj. Siedzę, nudzę się, pocę, bo tam gorąco a ja w ubraniu. Pod koniec lekcji dzieci ustawiają się w rządku i podekscytowane gęsiego drepczą za trenerem w kierunku głębokiej niecki. Aż wstałam z zydelka zaciekawiona, co będzie. Podświadomie czułam, że oto właśnie jeden z tych momentów w byciu rodzicem, który zapamiętuje się na zawsze. Nie pomyliłam się.
Trener coś mówił, oczywiście nie słyszałam co, po czym patrzę, i oczom nie wierzę. Wskakuje to dziecię moje z uśmiechem do głębokiej wody i jakby nigdy nic płynie karulem. Serio. Płynie kraulem. Nabiera powietrza równo co cztery. Usta zatykam ze zdziwienia otwarte, oczy mokre mam. Pod tym sercem, co mi teraz wali jak oszalałe ją nosiłam, ta piersią karmiłam. Dopiero co wczoraj to było. A ona sobie dziś w głębokim basenie kraulem płynie.
W połowie basenu się zatrzymała. Płynęłaby dalej, ale trener kazał do połowy. Coś tam do niej znów powiedział, i zaczęła wracać na plecach. Nie mogłam ochłonąć. Ja na plecach nie potrafię! Ona tak!
W połowie drogi za mocno zamachnęła ręką i straciła równowagę, obróciło ją na brzuch i zaraz potem zniknęła pod wodą.
Jezusmaria! Tam jest głęboko! chciałam się rwać do tratowania barierek i ludzi po drodze i rzucania się jej na ratunek, a ten jej trener cholera stał spokojnie i gapił się w wodę, gdzie zniknęła.
Nagle pojawiła się. Jest! Jej głowa nad powierzchnią! Bogu dzięki! Trener stał niewzwuszony, tylko do niej mówił. Wyrównała oddech. Nie dotykając dna ani brzegu, sama przewróciła się na plecy. Nabrała prędkości machając nogami, dołączyła do tego ręce i dopłynęła do końca.
– Excellent Anna! Well done!* – wołał trener na cały głos.
Miałam ochotę wzbić się w powietrze w tej ogromnej hali, i krzyczeć do wszystkich: „Widzieliście to? Widzieliście?! Moje maleńkie trzykilogramowe stworzonko, które kiedyś tyle godzin nie mogło się wydostać samodzielnie na ten świat, które w końcu sine i owinięte pępowiną wokół szyi, wyszarpali ze mnie kleszczami, ma dziś szesć lat i patrzcie wszyscy jaka jest dzielna! Jak sama poradziła sobie i sama wyszła z takiej opresji!”
Opadłam na zydelek wycieńczona z emocji. To macierzyństwo wykańcza mnie psychicznie.

* Doskonele Aniu! Dobra robota!

Kartka z kalendarza (2)

Pierwszy maja anno domini 2016. Międzynarodowe Święto Pracy. Dla polskich obecnych czterdziestolatków dzień wspominania z łezką w oku uroczystych pochodów, białych koszul z aksamitką pod szyją, z kokardami na kucykach tego dnia uczesanych staranniej niż zwykle, wzorowych uczniów idących w pierwszym rzędzie, słońca, podniosłej atmosfery, lub wzdychania, że się tego dnia nie było wypuszczanym z domu bo pochód to zło, i trzeba czekać miesiąc do Bożego Ciała, żeby mieć tę radość wspólnego celebrowania. Tego dnia zawsze myślę, że to takie dziwne, że człowiek nie może przekazać dzieciom swoich wspomnień, że trzeba budować młodym istotom ich własne momenty, które będą ze wzruszeniem pielęgnować w pamięci, i że będą to bez wątpienia zupełnie inne chwile, niż przypuszczamy.
Dziś poraz pierwszy z moimi córkami, lat cztery i sześć, wyszłyśmy z domu na przejażdżkę. Nie, że one na hulajnogach a ja jogging z uporczywym powtarzaniem „wzięłaś hulajnogę to jedź, nie będę jej niosła”. Nie, że one na rowerach, a ja z paczką plastrów za nimi spacerkiem, bo jeżdżenie idzie im jak krew z nosa i przerwacają się pomimo bocznych kółek. Albo wreszcie nie, że ja na moim rowerze a one obie w przyczepce, żeby gdzieś dojechać konkretnie i zrobić piknik, a nie wracać do domu po kwadransie w jękach i bólach. Nie, nie. Dziś poraz pierwszy w naszej wspólnej historii wyszłyśmy się przejechać, jakby nigdy nic, każda na swoim pojeździe. One na hulajnogach, ja na moim rowerze. Pierwszy raz w rozsądnym tempie i bez wpadków dojechałyśmy do placu zabaw, posiedziałyśmy i wróciłyśmy. Każda swoim pojazdem.
Dzieci uczą cierpliwości jednak. Sześć lat na to czekałam.

Życie w cytatach (20)

Julia, lat cztery.

– Ania, put the lyżki in the zlewy.

– Mamo, możesz lukafterować moja mała baby doll kiedy ja będę być w szkole?

– Mamo, zjadłam wszystko z talerza, teraz mogę mieć ciasteczkis?

Kartka z kalendarza (1)

Dwudziesty pierwszy kwietnia anno domini 2016.
Królowa Elżbieta II obchodzi dziewięćdziesiątą rocznicę urodzin. Książę Karol obchodzi się smakiem, gdyż nie zdążył zasiąść na tronie przed emeryturą i dalej się nie zanosi. Książę William zadowolony, bo mu się wcale do tej roboty nie śpieszy. Książę Harry jak zwykle ma wszystko w tyle. Pałac świętuje, naród fetuje.
I nie, żebym była antyrojalistką. Nie, nie. Przecież sama osobiście, będąc zdrowa na ciele i umyśle, przysięgałam wierność i lojalność miłościwie nam panującej.
No ale są rzeczy ważne i ważniejsze.
Bo oto w dniu dziesiejszym, o godzinie 17.30 czasu lokalnego, córki moje, Anna lat cześć i Julia lat cztery, wyszły poraz pierwszy same pobawić się przed domem.

Życie w cytatach (19)

Julia, lat cztery.
– Mamo, ja uczyłam w szkole wiesz? I have four chocolate bars, when I eat one, how many chocolate bars I have?*
– Trzy.
– Brawo mamo. To było easy peasy lemon squeezy.**
– To było odejmowanie. A znasz dodawanie?
– Nie.
– Jak masz dwa batony, i mama da ci jeszcze dwa, to ile masz batonów?
Liczy na palcach.
– Cztery.
– Brawo kochanie. To jest właśnie dodawanie.
– Dodawanie jest lepsze.

* Kiedy mam cztery batony, i zjem jeden, to ile mam batonów?
** bułka z masłem

Strategia

Nie wiem doprawdy, co mi do głowy strzeliło. Dotychczas kwestie prezentów urodzinowych dla moich dzieci załatwiałam klasycznie, to znaczy dzieci wręczały zaproszenia na przyjęcie swoim przyjaciołom, a ich mamy dyskretnie pytały mnie, co kupić w prezencie, na które to pytanie byłam przygotowana, i wszyscy mieli kłopot z głowy; ja nie miałam w domu niechcianych zabawek, koleżanki nie musiały błądzić po sklepach i wymyślać.
I działało dobrze, dopóki miesiąc temu nie przyszło mi do głowy, żeby dać dziecku wolną rękę. Odsyłałam więc pytające mamy wprost do mojej czterolatki, z pełnym zaufaniem nie wtrącając się w to, co ona im tam do ucha szepcze, i w dodatku nie szkoląc jej w zakresie oczywistej strategii, żeby mianowicie mówiła każdemu co innego, nie zaś wszystkim to samo.
Za bezmyślność moją pokutuję do dziś i będę długo jeszcze.
Nie, żebym była zazdrosna, że dziecię moje własne czteroletnie ma więcej lakierów do paznokci niż ja sama miałam kiedykolwiek. I nie, żebym żałowała, że żaden z jej palety kolorów nie pasuje do mojej daty urodzenia, więc nie mogę od niej pożyczać.
Ale weź tu wytłumacz czterolatce, która na pierwsze imię ma „Kierowniczka”, na drugie zaś „Nie znoszę sprzeciwu i zaraz wszystko rozpiżdżę w dorbny mak”, że ustawiwszy wszystkie swoje lakiery w równym rządku i wywaliwszy wszystkie kończyny na stół z poleceniem: „Maluj”, kiedy po zużyciu wszystkich dwudziestu paznokci pozostło jej jeszcze sześć niezagospodarowancyh lakierów, musi je zostawić na kiedy indziej, kiedy ona chce wszystkie i koniec!

Wirus

Mam ja coś takiego w zewnętrznym obliczu twarzoczaszki, a także zapewne w przekazie ustnym jak i niewerbalnym, że ludzie nie biorą mnie poważnie. I tak na przykład, kiedy mówię, że dziecię me młodsze czteroletnie to wredna zołza, która daje popalić, to się wszyscy w czoło pukają, bo to taki uroczy blond aniołek, i przesadzam, i co ja chcę od niej, jest taka czarująca przecież.
Ale niechcący dowód zdobyłam. Bo otóż dostała blond perełka gorączki. Podałm czym prędzej specyfik apteczny i po godzinie dziecię jak nowe było. Ale dzień później mnie dopadł ból głowy, łamanie w kościach, dreszcze. Mamy jak wiadomo z telewizji, zwolnienia nie biorą, tylko saszetki przeciw grypie, więc brałam dwa dni i przeszło. Kolejnego dnia sześciolatka poległa. Gorączkę miała dwa dni, ledwie się zbijać dało. Leżała bidulka w barłogu ledwie żywa, nie jadła, nie mówiła. Ożywała nieznacznie jak musiała udać się do toalety. Biegusiem, bo rozwolnienie miała jak ta lala.
W związku z wydarzeniami tymi nie odmówiłam sobie satysfakcji obwieszczenia wszem i wobec, że oto dowód jest, bo ja chora, starsza siostra chora, a gówniara mała proszę, wirusa przywlokła, pozarażała rodzinę, a sama niewzruszona. Bo złego licho nie bierze, no.
Ledwie odtrąbiłam, obwieściłam, a czterolatka pokazała, co potrafi. Konkretnie skupiła się na spontanicznym  oddawaniu płynow z oranizmu na zewnątrz tą samą drogą, którą uprzednio te płyny przyjmowała. Pawie podłużne, poprzeczne, skośne i każde inne katalogowe. Swoją drogą, ja ją chyba do urzędu patentowego zgłoszę jako perpetum mobile, bo na moje oko ona ze cztery razy więcej płynów wydala, niż wchłania.
W każdym razie mam nauczkę. Leży na sofie, wycieńczona owszem, ale wzrok jej jednoznacznie zwycięski.
Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni.

Specjalizacja

Podobno jak człowiek się na niczym nie zna to zostaje nauczycielem akademickim.
Sama nie wiem. Bo z jednej strony, miałam paru wykładowców, którzy się znali. Taki na przykład od analizy matematycznej doktor, to znał się na kolarstwie szosowym profesjonalnie na tyle, że jego zaangażowanie w treningi przeszkadzało mu w uczęszczaniu na zajęcia, które prowadził. Albo taki od fitosocjologii bodajże, znał sie na rodzajach trawy na tyle dalece, że przepadł ponoć bez wieści na indywidualnych zajęciach praktycznych w Holandii. Za to promotor mój ukochany znał się na sztuce kulinarnej swojej żony, co mi szczegółowo referował na każdych kosultacjach w instytucie meteorologii, na które do niego uczęszczałam z moją magisterką.
Ale z drugiej strony, moja własna kariera akademicka, spontanicznie krótka i efektownie nieowocna, zdawałaby się potwierdzać przytoczoną tezę, bowiem jak powszechnie wiadomo, ja znam się na wszystkim bardzo dobrze przecież.
Rozmyślam o tym ostanio, gdyż z niepokojem obserwuję potomne moje, lat cztery i sześć, z których zwłaszcza młodsza powiela mój talent do wszystkowiedzenia, ze szczegónym w jej przypadku upodobaniem do dzielenia się ową wiedzą niestety, podczas gdy czasy się zmieniły, i świat opanowała era wąskiej specjalizacji.
Na szczęście dla starszej być może jest jeszsze ratunek, o czym przekonała mnie niedawno.
W szkole moich córek powstała bowiem niedawno inicjatywa artystycznych poniedziałków, polegająca na wręczeniu co poniedziałek wybranym w drodze łapanki dzieciom paczek z nieznaną zawartością, którą mają w domu rozpakować i stworzyć z niej dzieło sztuki, które potem jest wystawiane w szkolnej galerii. Młodsza moja miała już swoją szansę, teraz padło na starszą.
Rozpakowała paczkę podekscytowana. Znalazła ramkę płócienną niedużą, farby i pędzel. Kazała mi i siostrze opuścić pomieszczenie, ponieważ musi się skupić. Namalowany obrazek zaniosła do szkoły następnego dnia.
Po lekcjach kazała sobie na komputerze pokazać szkolny blog, w którym od razu odnalazła zdjęcia prac.
– Mamo, widzisz?! Mój obraz jest najelszpy! – podskoczyła z radości.
– Tak? Mnie się podobają oba – zaczęłam ostrożnie, nie wiedząc w jakim kierunku dyskusja pójdzie.
– Mamo, popatrz. Ten chłopczyk namalował niebo, trawę i słońce. Nic się nie rusza. To jest boring*. Mój obraz jest dynamic**. U mnie jest wiatr i deszcz i drzewo się kiwa! I jest noc! To jest terrifying storm***. To jest dużo lepszy art****.
Anna, lat sześć. Specjalizacja: krytyk sztuki.

* nudne
** dynamiczny
*** przerażająca burza
**** sztuka

Tresura

„Zawsze zatrzymuj auto przed znakiem STOP, nawet jeśli skrzyżowanie jest zupełnie puste. Wyrób sobie taki nawyk. Przyjdzie dzień, że nie zauważysz samochodu, i ten nawyk uratuje ci życie.” – tresował mnie lata temu któryś z moich chłopaków. Dziś nie pamiętam który to był, ale nawyk pozostał.
Przypomniało mi się, bo w poniedziałek pociechy moje, lat cztery i sześć, rozpoczęły sezon jeżdżenia na hulajnogach do szkoły. Już pierwszego dnia okazało się, że przez zimę wyparowały im z głowy zasady, które im wpajałam, więc się nagoniłam za nimi, nawołałam, nadenerwowałam.
Po szkole posadziłam towarzystwo na sofie i walnęłam pogadankę o zasadach bezpieczeństwa, ale że nie docierało do nich to abstrakcyjne słowo, to zapowiedziałam zwyczajnie matkopolsko, że albo mnie na hulajnogach słuchają, albo szlaban na tablety. Wtedy z przejęciem powtórzyły po dwa razy każda, że mają trzymać odstęp jedna za drugą, zatrzymywać się przed każdym przejściem przez jezdnię oraz każdym zakrętem za którym stracimy kontakt wzrokowy i czekać, aż spokojnie do nich dojdę i pozwolę jechać dalej.
Od wtorku cudowna przemiana. Stoją w kaskach z plecaczkami obok swojej hulajonogi każda przed  przejściem dla pieszych. Sznur samochodów z prawej i lewej stoi, a one ani drgną, czekają, aż dojdę i powiem, że można jechać. Przepraszam wszystkich kierowców, a oni uśmiechnięci pokazują mi kciuk, że takie urocze dzieci. Ale ja tu mieszkam od dawna, to ja wiem, co oni za bluzgi spod tych angielskich uśmiechów puszczają. Pecha mają, będziemy tym przejściem do szkoły jeszcze siedem lat chodzić.
Po szkole też. Wariują małolaty na hulajnogach po boisku, aż w końcu mówię, że jedziemy do domu, to podjeżdżają do furtki, zatrzymują się w jej świetle, czekają, aż dojdę. Nic to, że za nimi kolejka innych czekających, żeby wyjść. One słuchają.
W środy prosto ze szkoły chodzimy na balet. Założyły kaski, plecaki, pojechały. Ja w ogólnym tłoku i zamieszaniu pod szkołą zamieniłm z kimś kilka zdań i poszłam za nimi. Doszłam do głównej bramy. Ania stała i czekała.
– Gdzie jest Julka? – Zapytałam.
– Nie wiem – odpowiedziała.
Rozejrzałam się. Nie było jej.
– Stój tu i nie ruszaj się nigdzie, dopóki nie wrócę! – krzyknęłam i puściłam się w te pędy w stronę skrzyżowania i parku, którym przechodzimy do szkoły baletowej. Nie było jej na skrzyżowaniu. Nie było za skrzyżowaniem. Zaczęłam ją wołać po imieniu. Znajome z widzenia mamy kiwały do mnie głowami, że za zakrętem jej nie ma.
Wróciłam pod bramę główną. Wpadłam w tłum pod szkołą. Zaczełam ją wołać. Ktoś przytomny zapytał, jak wygląda.
– Cztery lata, kask, plecak, hulajnoga, fioletowa kurtka – powiedziałam i kilka osób zaczęło się rozglądać ze mną.
Nie było jej. Wiedziałam, że jeśli się zgubiła to ktoś ją przyprowadzi. To nieduża dzielnica, prawie wszyscy znają się pod szkołą z widzienia. Ale jeśli jakiś dobry wujek wykorzystał zamieszanie i zawołał ją do samochodu na cukierka, to najcenniejsze są pierwsze minuty, więc prawie stratowałam kilku rodziców rzucając się do budynku, żeby w sekretariacie zgłosić zaginięcie dziecka. Drzwi do szkoły są przystosowane dla niepełnosprawnych, otwierają się po przyciśnieciu przycisku, automatycznie i powoli. Przycisnęłam. Trzy najdłuższe sekundy mojego życia, zanim te cholerne drzwi się otworzą. Trzy sekundy. Wieczność.
Nagle mnie tknęło. Obróciłam się i spojrzałam daleko za boiskiem, na furtkę, którą wychodzmy, jeśli idziemy ze szkoły prosto do domu.
Dziecina stała tam spokojnie obok swojej hulajnogi i czekała. Chyba już jej się trochę nudziło, bo zaczęła odklejać nalepki z kierownicy, ale stała i czekała.
Dobra tresura nie jest zła.

Strój

Światowy Dzień Książki. Doroczne absolutne apogeum eksibicjonizmu klasowych prymusów pefekcyjnego rodzicielstwa. Cała szkoła, od najmłodszych klas po kadrę z dyrektorem włącznie przebiera się za postaci z książek. Najlepsi z najleszych odziewają pociechy w drobiazgowo zaprojektowane, kunsztownie własnoręcznie wykonane kostiumy, których nie powstydziłby się żaden teatr narowody. Mniej ambitni wybierają stroje z hipermarketu, których na tę okazję jest cała inwazja. Na szarym końcu w ogonie ciągną wyluzowani, którzy posyłają dzieci do szkoły w dyżurnym kostiumie Elsy czy Spiderman’a, które każde dziecko posiada na różne okazje właśnie.
Pomyślałam, że ja, matka wyluzowana dość, żeby nie powiedzieć wyrodna, lekko się wzbiję na wyżyny tym razem, i jako, że czterolatka tego dnia do placówki nie idzie, to mam czas zająć się sześciolatką. Tydzień przed dniem W sprawdziłam garderobę dziecięcia. Wyszło mi, że jeśli skonstruuję własnoręcznie czerwoną czapeczkę, to resztę stroju Czerwonego Kapturka skompletujemy z normalnych ciuchów, więc będzie dowód bezcennego rodzicielskiego zaangażowania, ale też od niechcenia i bez ekstrawagancji, czyli po prostu perfekt, naturalnie jak u prawdziwej damy.
Przez tydzień piłowałam z dziecięciem książkę o Czerwonym Kapturku. Taką trójwymiarową z bajerami, żeby dziecię porządnie zaprogramować. W końcu nadszedł wieczór przed.
– Aniu, za jaką postać z bajki chcesz się na jutro do szkoły przebrać? – zapytałam. – Pewnie za Czerwonego Kapturka – dodałam dla uzyskania absolutnej pewności.
– Nie. Za Elsę – odpowiedziała natychmiast bez żadnego wahania.
– Jak to za Elsę?? – zapytałam zdruzgotana.
– Bo ja lubię Elsę, i mam strój Elsy przecież – odpowiedziała rzeczowo.
– Ale strój Czerwonego Kapturka też możesz mieć, możemy go skompletować z twoich ubrań – walczyłam zacięcie.
– Nie, ja chcę prawdziwy strój, nie udawany – skwitowała dając dowód nieznajomości subtelnych różnic w pojmowaniu mody między plebsem a klasą śrenią.
– Ale masz być postacią z książki, nie filmu – przyłożyłam z ostaniej flanki.
Dziecina pobiegła na górę. Wróciła po chwili z wymiętolonym komiksem, wydanym na cieńkim papierze, takim dodatkiem do jakiejś gazetki. Rzuciła na stół triumfalnie. Frozen* jak byk.
No nie jestem. Skazana na sukces. Nie jestem.

* Kraina Lodu