Co za dzień!

Ależ czwartek mi się trafił. Córka pierworodna miała spędzić dzień na uniwersytecie na zajęciach dla dzieci utalentowanych literacko, córka młodsza natomiast miała zdawać pierwszy państwowy egzamin z baletu. Na dokładkę w szkole fotograf miał robić zdjęcia pamiątkowe. Szkoła zaproponowała, że te kilkoro dzieci, które mają delegację na uniwerek, może przyjść do szkoły pół godziny wcześniej, zdjęcia zostaną im zrobione przed rozpoczęciem lekcji, i następnie szkolnym busem dzieci zostaną dostarczone na uniwerek, a rodzicie muszą je tylko potem odebrać.
No to zaprowadziłam obie córki do szkoły wcześniej, obie mialy zrobione zdjęcia, następnie starsza przebrała się z mundurka w normalne ciuchy, bo na uniwerku mundurek nie był wymagany i obie oddałam do ich klas. W sekretariacie szkoły wypełniłam formularz, żeby młodszą córkę odebrać ze szkoły o czternastej na egzamin. Już miałam odchodzić od okienka jak dopadła mnie jedna ze znajomych mam, której córka też miała jechać na uniwerek i która obiecała mi odebrać moją pierworodną po zajęciach razem ze swoją, bo ja będę w tym czasie na balecie, i oświadczyła, że nie może odebrać dziewczynek, bo jej córka na te zajęcia dziś nie jedzie wcale… Zatkało mnie, bo kompletnie nie miałam pomysłu jak się rozdwoić. Wtedy pani z sekretariatu powiedziała, że ona weźmie szkolengo busa i Anię odbierze. Tak po prostu. Skoro rano ma ją zawieźć, to po południu wypisze sobie drugą delegację i odbierze. Żaden problem. Szkoła przecież po to jest, żeby wspierać swoich podopiecznych. No nie powiem. Wzruszyłam się.
Podziękowałam i pojechałam do pracy. Rozładowałam towar nad którym pracowałam minionej nocy w domu i wzięłam nastęne zlecenie. Powinnam była je rozpocząć na miejscu i zabrać na noc do domu do skończenia resztę, ale coś mnie tknęło, jakiś leń mnie ogarnął i niechęć do roboty, więc spakowałam wszystko do samochodu i pojechałam do domu. O jedenastej dwadzieścia weszłam do domu, zdjęłam z siebie robocze ciuchy i stojąc w majtkach i staniku na środku pokoju zdecydowałam, że zakładam piżamę żeby się dwie godziny zdrzemnąć.
Wtedy zadzwonił telefon. Numeru nie znałam. Przeważnie wtedy nie odbieram, bo reklamy drażnią mnie okrutnie, ale coś mnie tknęło poraz drugi tego dnia. Właścicielka szkoły baletowej dzwoniła osobiscie z zapytaniem, gdzie jest Julia, bo jej egzamin zaczyna się za dwadzieścia minut… Zrobiło mi się słabo. Dziecię od czterech lat na ten balet chodzi. Poważny państwowy egzamin, przed zewnętrzym egzaminatorem z Królewskiej Szkoły Tańca, zakwalifikowała się na niego pół roku temu, od wakacji nie gada o niczym innym, od tygodnia odlicza dni, kosztowało to majątek. Następny termin najwcześniej za pół roku. O żesz kurwa ja pierdolę! Matka roku ze mnie. Jak mogłam pomylić godziny?
– I’m on my way – powiedziałam do dyrektorki i czując uderzenie adrenaliny wspięłam się na szczyt wydolności własnej.
Zakładając na siebie jeansy i t-shirt dodzwoniłam sie do sekretariatu szkoły i poprosiłam, żeby dziecko było przygotowane do ekspresowego odbioru ze szkoły za dwie minuty. Wypadłam z domu na podjazd, jedyne wolne siedzenie miałam z przodu, bo tył samochodu zawalony towarem, wrzucilam na to siedzienie podkładkę dla dzieci i torbę ze strojem baletowym córki i pognałam pod szkołę. Dziecię stało w drzwiach przygotowane i na mój widok puściło sie biegiem do auta. Pani sekretarka krzyknęła, że nowy formularz wypiszemy jak wrócę, i że przypilnuje, żeby kuchnia zostawiła jedną porcję lunch’u dla dziecka.
Szczęścia zawsze wiedziałam, że mam więcej niż rozumu, i znów się sprawdziło, bo przez całą drogę nie stałam na żadnych światłach, na żadnym skrzyżowaniu i w ogóle jakby nie było żandego innego samochodu na drodze. Dziecię poraz kolejny udowodniło, że o ile z nudów potrafi marudizć doprowadzając mnie do pasji, o tyle w momentach pełnej mobilizacji można liczyć na jej współpracę.
– Julia, take off your shoes and tights. Your pants. Do not ask me any questions, trust me, I’m your mum and I know what I’m doing – mówiłam do niej. – Now find the leotard in your ballet bag… – wydawałam jej polecenia zastanawiając się dlaczego robię to po angielsku, i dochodząc do wniosku że widocznie to mnie uspokaja i lepiej się koncentruję. W efekcie dziecko siedząc na przednim siedzeniu i nie odpinając pasów zdołało się przebrać ze szkolnego mundurka do stroju baletowego. Zatrzymałam sie pod samymi drzwiami szkoły.
– Bierz torbę, leć do studia 2 na lewo, oni będą wiedzieć co robić z tobą. Ja zaparkuję i przybiegnę – powiedziałam szczęśliwym trafem nauczona doświadczeniem, bo starsza córka ma już za sobą dwa takie egzaminy. Spojrzałam na zegarek. Od momentu odebrania telefonu od dyrektorki do mementu wysadzenia dziecka pod drzwiami szkoły minęło dziewięć minut. Kto wie, gdzie mieszkam, gdzie jest podstawówka i szkoła baletowa ten wie, że to jest rekord nie do pobicia. I nie zdążyłabym nigdy w życiu, gdybym ten telefon od dyrektorki odebrała bedąc w pracy, bo pracuję jakieś dziesięć mil od domu.
Dwie minuty później weszłam do studia 2. Julia siedziała na krześle, dwie asystentki robiły jej na głowie obowiązkową fryzurę, trzecia klęczała przed nią i wiązała jej baletki, czwarta przypinała numerek do stroju z przodu i z tyłu, a piąta wkraczała właśnie na salę egzaminacyjną z tacą z herbatą i ciastkami, proponując pani egzaminotarce chwilę przerwy miedzy grupami.
Trzy minuty później pięć dziewczynek i jeden chłopczyk wkroczyło na salę i miało swój Wielki Dzień. I moja też! Mimo, że matka nawaliła, ale ktoś nad nią widać czuwa i otacza życzliwymi ludźmi.
Po południu obie panie z sekretariau, ta, która woziła starszą na uniwerek i ta, która wyszukała młodoszą w klasie i przygotowała do szybkiego odbioru, dostały od nas kartki i czekoladki z podziękowaniami. Obie zdziwione, bo przecież pomaganie uczniom i rodzicom to ich praca.
Wszystkim państwu takich pań w sekretariatach szkół życzę.

Życie w cytatach (49)

Julia, lat sześć i pół.
– Mamo, skończył ci się płyn micelarny.
– Kochanie, prędzej mi się przeterminuje, niż skończy.
– Skończył się, skończył. Właśnie wyrzuciłam pustą butelkę.
– Dziecko, do czego użyłaś płynu micelarnego? Robiłaś jakiś eksperyment chemiczny?
– Zgodnie z przeznaczeniem mamo. Zmyłam makijaż.

Paznokcie II

Wtorek. Budzik zadzwonił o 6.30 rano. Wstałam, zrobiłam sobie kawę i kanapkę. Ubrałam się, sprawdziłam maile i pogodę. O 7.30 zbudziłam dzieci. Wstały, poszły do toalety, umyć zęby i się ubrać. O 7.45 do drzwi zapukały dzieci sąsiadki, która kiedy nie jest fotografką, bywa tłumaczką polsko-angielską, i właśnie tego dnia o świcie jakiś biedak potrzebował jej na sali operacyjnej w szpitalu. Zaprosiłam całą czwórkę dzieci do stołu, zebrałam zamówienie i zaczęłam wydawać. Mleko sojowe i płatki kukurydziane dla Ani, mleko krowie i płatki jakieś inne obrzydliwie słodkie dla Julki, kanapka z dżemem dla Emilki, owsianka na mleku dla Filipa. Kolejna kanapka z dżemem dla Emilki, i jeszcze jedna dla Filipa, bo: „Ciociu Ewo dziękuję za owsiankę, jednak za nią nie przepadam. Czy mógłbym zjeść coś innego?”. Cztery lata. Kocham go.
Odprowadziłam całą czwórkę do szkoły, wróciłam do domu, pozmywałam naczynia, wsiadłam w samochód i o dziewiątej z minutami byłam w pracy. Wzięłam małe zlecenie, skończyłam je o pierwszej i stwierdziłam, że tak pięknej pogody nie można marnować na zasuwanie w ciemnym, zimnym magazynie, więc wzięłam następne zlecenie, załadowałam je do samochodu i pojechałam do domu.
Rozładowałam towar z samochodu do jadalni, załadowałam do bagażnika zdemontowane panele podłogowe, i żeby nie marnować pięknego słońca, przebrałam się, wyciągnęłam pędzel i farbę i zabralam się za malowanie szopki na rowery, bo przed zimą przynajmniej jedna warstwa farby jej się należy.
Malując zaśmiewałam się w głos na myśl, że kiedy taką czynność wykonuje facet, to on pracuje w domu, a kiedy kobieta, to ona w domu siedzi. Cały czas nie dawało mi spokoju, że coś miałam zrobić, i nie pamiętam co. Na szczęście przypadkowy sms mi przypomniał. Zadzwoniłam i zamówiłam pokój w pensjonacie na narty w zimie. Gaździna nie siliła się na polszczyznę, tylko gadała do mnie po swojemu, za co pokochałam ją momentalnie i bezwarunkowo. Nie chciała kobieta zaliczki przelewem, pewnie nie jest fanką wystawiania faktur, więc czym prędzej złapałam za internet i przelałam sobie ostatni tysiąc z polskiego konta na angielskie, celem podreperowania bieżącego budżetu.
Skończyłam malować, schowałam farbę, umyłam pędziel i poszłam do szkoły.
Odebrałam starszą córkę, młodsza została na zumbie dla maluchów. Ze starszą zjadłam w domu spagetti. Starsza przebrała się w swój strój na zumbę. Pojechałyśmy do szkoły. Starsza poszła na zumbę dla juniorów, młodsza wyszła z zumby dla maluchów, dostała ode mnie torbę ze swoim mundurkiem na zuchy dla maluchów i poszła się przebrać do łazienki. Wróciła, dostała do ręki banana i ciastko, wsiadła do samochodu. Wraz z nią wsiadły też dwie jej koleżanki. Ciastko zjadła, banana przehandlowała za paczkę popkornu. Zawiozłam całą trójkę na zbiórkę zuchów.
Pojechałam do sortowni śmieci, czy jak tam się to nazywa, nie wiem, i pozbyłam się z bagażnika paneli podłogowych.
Następnie zrobiłam zdjęcie takiej małej i szalenie skomplikowanej w treści nalepki, umieszczonej w drzwiach samochodu. Wysłałam je do przyjaciółki z komentarzem: „Ratuj”.  Po minucie dostałam sms zwrotny o treści: „2,3 przód i tył”.
Pojechałam na stację benzynową i dopompowałam koła w samochodzie do 2,3 bara. Nie zgubiłam żadnej nakrętki. Nie wiem jak to się stało.
Pojechałam do szkoły, odebrałam starszą z zumby. Zawiozłam do domu. Przebrała się w mundurek dla starszych zuchów. Zjadła ciastko i jabłko. Pojechałyśmy odebrać młodszą z zuchów dla maluchów. Do oddania starszej do jej zuchów miałyśmy piętnaście minut, więc w pobliskiej przychodni zdrowia zapisałam się na rutynowe badanie czegoś tam, na które niedawno przysłali mi zaproszenie. Miałam jeszcze w aptece obok zrealizować receptę, ale nie zdążyłam. Jutro też jest dzień.
Oddałam starszą na jej zbiórkę. Zabrałam młodszą do domu. Dałam jej spagetti.
Wyniosłam śmieci i stwierdziłam, że chwasty które mi wyrastają przed domem spomiędzy płyt chodnikowych nawet przy dużej dawce dobrej woli obserwatora, nie wyglądają ładnie. Powyrywałam, wyrzuciłam, pozamiatałam.
Młodsza skończyła jeść.
Przebrałam się w strój do biegania i zapytałam ją, czy chce zostać sama w domu czy idzie ze mną. Założyła kask i wzięła hulajnogę.
Pobiegałam. Wsiadłam w auto i odebrałam starszą z jej zbiórki.
Przyjechałyśmy do domu. Wzięly prysznic i założyły piżamy. Zrobiłam im po kanapce. Zjadły, umyły zęby, poszły spać.
Pozmywałam naczynia. Obłożyłam pralkę szmatami, włączyłam płukanie z pustym przebiegiem i zaczęłam sobie rozkładać na stole robotę przywiezioną z pracy.
Zatrzymałam pralkę. Poszłam na górę, przekopałam kosz na pranie, zniosłam na dół co wybrałam, włączyłam pranie. Jak się ma lać po betonie, to przynajmniej niech się coś wypierze.
Wróciłam do zlecenia z pracy.
Po godzinie pralka zakończyła cykl i nic się z niej nie wylało.
Powiesiłam pranie.
Wzięłam prysznic i wlazłam do pościeli z laptopem. Sprawdziłam pocztę, odpowiedziałam na co trzeba było, poczytalam jakieś wiadmości, i uznałam, że pora spać. Nastawiłam budzik na czwartą trzydzieści, żeby skończyć zlecenie do pracy rano.
Przed snem zrobiłam rachunek sumienia. Byłam dzis w pracy tylko cztery godziny. A paznokcie dalej nie zrobione.

Paznokcie

– Pracujesz tylko sześć godzin dziennie i nie masz sobie kiedy zrobić paznokci? – powiedział do mnie w piątek z kpiną telefon, kiedy żaliłam się, jak to mnie szara rzeczywistość przytłacza i nie mam czasu na nic.
Szlag mnie trafił, ale byłam grzeczna, w miarę, i nie darłam się bardzo. Ale dobrze, pomyślałam sobie, nie szukaj wymówek. Sobotę masz zapchaną, ale niedzielę masz zupełnie wolną, to zrobisz. I na działkę pójdziesz, i pobiegasz. Pełen relaks.
Tak więc w niedzielę zbudziła mnie o szóstej rano młodsza córka, sześcioletni blond anioł o imieniu Julia, informując uprzejmie, że bardzo przeprasza, i wie, że w weekend jak zbudzi się pierwsza to ma po cichu czytać w pokoju a nie budzć matkę, ale właśnie zatkała toaletę. Woda stoi po samiutki brzeg i nie spływa, a jej się chce kupę.
Zwlokłam się, odetkałam. Wyszorowałam się pod prysznicem, i stwierdziłam, że obie córki już wstały. To zmieniłam nam wszystim pościele i włączyłam pranie. Zrobiłam i podałam śniadanie. Posprzątałam ze stołu i włączyłam zmywarkę. Powiesiłam pranie, włączyłam drugie.
Zadowolona, że poprzedniego dnia udało mi się zrobić duże zakupy na tydzień, wywlokłam z lodówki co się nawinęło i stanęłam przy garach, ponieważ od poniedziałku do środy grafik zajęć moich dzieci jest tak napięty, że nie mam czasu gotować, wszystko musi być przygotowane. A zasoby z zamrażalnika się rozeszły i trzeba uzupełnić. Zrobiłam kotlety z kurczaka na poniedziałek. Sos boloński do spagetti do zamrożenia na wtorek. Nie miałam pomysłu na środę, więc odpuściłam. Najwyżej szybko zrobię omlet z warzywami. Na bieżący obiad niedzielny zrobiłam zapiekankę z warzyw i makaronu.
Powiesiłam drugie pranie, włączyłam trzecie.
Sprawdziwszy, że ładnie się ubrała i uczesała oraz przygotowała kartkę urodzinową, wzięłam starszą córkę, lat osiem, do samochodu, i odstawiłam ją na przyjęcie urodzinowe. Po drodze wstępując do sklepu po prezent.
W trakcie trwania przyjęcia zabrałam młodsze dziecię do pobliskiego centrum handlowego, gdzie  kupiłam jej nowe kalosze, bo wyrosła. Wybór był mały, ale musiałam brać co jest, bo następna okazja na wyjście z nią żeby przymierzyła nie trafi się prędko, a mieszkamy w kraju, w którym bez kaloszy żyć się nie da. Przepłaciłam, ale nie było wyjścia. Wstąpiłam jeszcze do marketu po szampon, bo zauważyłam rano, że się skończył. Wyszłam z szamponem, mlekiem sojowym, przekąskami dla dzieci do szkoły, żarówkami i parmezanem, bo mi się to rzuciło w oczy, a też w domu nie ma.
Wróciłyśmy do domu. Weszłam do kuchni i poczułam, że pod stopami chlupie mi woda. Poskakałam, potupałam. Woda była pod panelami. Panele podniesione i pofalowane. Oczywiście nie wiem, czy leje się ze zmywarki, czy z pralki, bo stoją obok siebie, obie tego dnia pracowały i obie są w pełni zabudowane. Trzeba będzie demontować, żeby zobaczyć. Kuchnia jest połączona z jadanią i na całej powierzchni leżą te same panele. Poskakałam i potupałam w jadalni, tam nie chlupało i nie było pofalowane. Wzięlam więc młotek i łom (nie pytajcie mnie skąd mam w domu łom, mam) i dziękując opatrzności, że rok temu kiedy remontowałam kuchnię, tknięta jakimś niejasnym przeczuciem, że zwykłe panele laminowane na podłodze w kuchni to pomysł ekstrawagancki i nietrwały, stoczyłam zwycięską batalię z budowlańcami, że mają najpierw stawiać meble na gołym betonie, a potem docinać do nich panele podłogowe, a nie zaczynać od podłogi na całej powierzchni i na niej stawiać meble, zdemontowałam przypodłogowe listwy maskujące nóżki od szafek, i bez najmniejszego problemu usunęłam podłogę w kuchni.
Przyniosłam szmaty i wytarłam wodę. Pieniła się przy wykręcaniu. Co nie daje odpowiedzi na pytanie z czego leci, ale wiadomo, że z odpływu, skoro z pianą, a to lepiej, bo dopływy są pod ciśnieniem, a odpływy nie. Z innych plusów: posadzka betonowa w kuchni jest obecnie czysta jak nigdy.
Sprawdziłam w internecie sklep, z którego pochodzą panele. Oczywiście już ich nie sprzedają, skoro kupowałam je trzy lata temu w promocji jako koniec serii. To onzacza, że nie będzie sztukowania, tylko podłoga w kuchni musi być całkiem nowa. Zapukałam więc do Johna, sąsiada, który jest budowlańcem i ma różne wypasione narzędzia. Przyszedł z małą ręczną pilarką tarczową i uciął panele równiutko pomiędzy kuchnią i jadalnią.
Panele w jadalni niestety podeszły już lekko wodą, więc wcisnęłam pod nie małe kliny z klocków lego żeby się wietrzyło i włączyłam na całego ogrzewanie w domu, rozpoczynając tym samym sezon grzewczy. Może się uda.
Wsiadłam w samochód i popędziłam odebrać starszą córkę z urodzin.
Przywiozłam. Podałam na obiad zapiekankę z warzyw z sosem serowym. Starsza nie zjadła bo się napchała słodyczami i tortem na urodzinach. Młodsza nie zjadła, bo w sosie za dużo czosnku było. Nie dała się przekupić parmezanem startym na sos. Zjadła kotleta z kurczaka, który miał być na jutro.
Poporcjowałam do zamrożenia resztę kotletów i sos boloński. Pozmywałam ręcznie naczynia, bo nie miałam ochoty na rozwiązywanie zagadki z czego cieknie w tej chwili metodą włączenia zmywarki i gapienia się na nią.
Zagoniłam dzieci do zadań domowych, których twierdziły, że nie miały więc nie zrobiły. Zagoniłam też do pianina, tłumacząc zawzięcie że ćwiczyć trzeba zawsze, nawet, a nawet zwłaszcza, kiedy im piątkowa lekcja przepadła, bo nauczyciel grał koncert ze swoim zespołem.
Wymieniłam dwie żarówki w korytarzu na piętrze.
Przekopałam kosz na pranie i wyprałam ręcznie wszystko, co będzie nam potrzebne jutro, bo od rana prałam tylko pościele i ręczniki.
Potem kolacja, zaganianie dzieci do kąpieli, do łóżek, awantura o pozostawianie tubek z pastą odkręconych i groźby, że będą musiały płacić za pastę z kieszonkowego, bo marnują jak wysycha. Przed snem jeszcze jedna głodna, druga jednak chyba miała zadanie domowe, ale nie pozwoliłam zrobić, bo dzieci mają w nocy spać, żeby być zdrowe, i skoro mnie okłamała, to pójdzie do szkoły bez zadania. Zapypiała zesrana ze strachu. Bardzo dobrze, może się czegoś nauczy.
Kiedy tylko zasnęły, rozłożyłam sobie w salonie moje stanowisko do relaksu i samorozwoju, to jest deskę do prasowania i wyprasowałam dziesięć kompletów munduków szkolnych na cały tydzień.
Wzięłam prysznic, wlazłam do pościeli z laptopem, sprawdzilam pocztę, zamówiłam starszej spodnie na zimę do szkoły i rajstopy. Spódniczki dla młodszej nie znalazłam takiej jak chciałam, czyli łatwej do prasowania, więc dalej będzie chodziła w takich krótkich, że ledwie dupę zakrywają. Ciekawe, czy dostanę list ze szkoły z upomnieniem. Popłaciłam najpilniejsze rachunki, na resztę przelałam sobie kasę z polskiego konta, oczami wyobraźni widząc się za kilka miesięcy na nartach w Polsce bez kasy na tymże koncie. Nie był to widok optymistyczny. Wtedy przypomniałam sobie, że miałam dzwonić do pensjonatu i zamówić na te narty pokój, ale znów, jak od tygodnia zapomnialam, a po nocy dzwonić nie wypada. Skończę bez kasy i bez pokoju i nigdzie nie pojadę, jak tak dalej pójdzie.
Jest godzina jedenasta. Idę spać. Ale najpierw nastawię budzik na czwartą, żeby do siódmej rano kiedy rozpocznie się nowy cotygodniowy młyn, skończyć robotę, którą przywiozłam z pracy, nie skończywszy jej w piątek, kiedy to się zagadałam przez telefon…
No i w sumie nie wiem, dlaczego ja tych paznokci nie mam zrobionych.