Refleks

Nie wiem jak inne samodzielne matki Polki, ale ja w każdą niedzielę, którą uda mi się mieć wolną od planów od samego rana, nieodmiennie delektuję się od samego przebudzenia faktem, że wyszłam z pieluch. Że nie wyrywa mnie ze snu bladym świtem darcie się małej paszczy zgłaszającej zapotrzebowanie na płynny prowaint, którego poprzednią dawkę sprzed kilku godzin przerobiła już na odpadki i mniej lub bardziej szczelnie ulokowała w gaciach. Że nie lamentuję w duszy, że matka też człowiek i chociaż wysikać się z rana musi, po czym siedząc na toalecie dostaję stanu przedzawałowego, bo darcie się paszczą ustało nienaturalnie nagle.
Otóż nie. Wyszłam z pieluch i budzę się bez użycia budzika. W pokoju obok jedna potomna siedzi przy biurku i skrobie cichutko rysunek, druga jeszcze śpi. Przewracam się na drugi bok, otwieram książkę na stronie, na której wydaje mi się, że wczoraj zasnęłam i pogrążam się w delektowaniu błogostanu. Potomne tymczasem wstają, przychodzą się przytulić, idą do toalety, myją ręce, wyciągają jogurty z lodówki, piją wodę, i znajdują sobie jakieś zajęcie, to jest odpalają x-box’a. Na piżamowe śniadanie zbieramy się w kuchni około dziesiątej, a do tego czasu mogę do woli dziękować losowi w przerwach między stronami książki, jaki to cud, mieć dzieci, które nareszcie same się załatwiają, ubierają, jedzą, same chodzą po schdach i śpią całe noce.
– Mamo, jak się pisze „Julia’s farm”? – wyrwał mnie dziś rano z błogostanu głos z dołu, na co machinalnie odpowiedziałam dyktując po literce, i na powrót zatraciłam się w podziwianiu talentu Joanny Chmielewskiej do ściągania na siebie kłopotów.
Dwie strony dalej tknęło mnie. Zamknęłam książkę, usiadłam. Dotarło do mnie, że to nie starsza pytała, ale tym razem ta młodsza, cztero i półletnia.
Jasny gwint. Muszę się ogarnąć, bo z takim refleksem pogadankę o antykoncepcji zrobię im dopiero po studiach.

Czoło

„Jak to dobrze, że jest weekend. Wszystkie odpoczniemy od całotygodniowej gonitwy, a Julka nie zrobi sobie żandej krzywdy przez dwa dni i zaleczy rany ” – pomyślałam w sobotę rano, po przebudzeniu się i lewniwym przerwóceniu na drugi bok.
Julka bowiem, blond anioł w wieku lat cztery i pół, ma od urodzenia wyjątkowy talent do walenia głową w miejsca, ogólnie uznawane za do tego nie przeznaczone i tym samym wiecznie ma sine, podrapane i obolałe czoło. Talent ten spotęgował się ostnio, kiedy rozpoczęła naukę w szkole, i obecnie jej lico nieustająco zdobią plastry.
Leżąc w sobotę o poranku w pościeli liczyłam więc na spokojny rodzinny weekend i miałam nadzieję, że Julka podleczy swe najnowsze rany. Przeliczyłam się.
Dwanaście godzin później, na naszym ulubionym campingu nad morzem, gdzie ulokowałyśmy się na noc w namiocie, nadzieję tę straciłam ostatecznie wzywając karetkę pogotowia do czoła rozciętego podczas nurkowania na basenie, które krwawiło na tyle intensywnie, że ratownik ze swoim zestawem pierwszej pomocy był bezradny.
Pierwsza, w ciągu kilku minut zjawiła się straż pożarna, a konkretnie pomoc medyczna straży, komunikując, że karetka już jedzie, ale oni byli bliżej zgłoszenia. Zaczęli oczyszczać ranę i tamować krew. Chwilę później zjawiła się karetka, i oni zatamowali krew do końca i oczyścili ranę, oraz zarządzili, że bez szycia się nie obejdzie, bo głębokie, że kość widać. Ale że nie chcieli nam psuć weekendu, to nie ciągnęli nas do szpitala na szycie, tylko wezwali trzecią karetkę, której obsługa miała specjalny klej na wyposażeniu. Pan położył pacjentkę, ścisnął ranę ciasno, przejechał klejem, odliczył pięć sekund i puścił. Magia. Po ranie została cieniutka ciemna kreseczka, a pan oświadczył, że jeśli nie będzie senności, wymiotów i innych niepokojących objawów, to dziecię może robić wszystko, łącznie z pływaniem, bo klej będzie trzymać.
Na koniec dziecina dostała garść lizaków od obsługi, i jak gdyby nigdy nic poszłyśmy spać.
I’ll tell all my friends I had a head bump and three ambulances came to rescue me and I had a bandage on my head and I was SO BRAVE!* – powiedziała mi przed zaśnięciem.
Szczęście wypisane w tej sekundzie na jej twarzy – bezcenne.

* Opowiem wszystkim, że uderzyłam się w gowę i przyjechały trzy karatki i miałam bandaż na głowie i byłam TAKA DZIELNA!

Zajęcia

– Dziewczynki, taka jestem z was dumna – zaczęłam lawinę pochwał, bo zebrało mi się na podsumowanie minionego lata, siadając pewnego wrześniowego popołudnia do kolacji z potomnymi moimi, lat cztery i pół oraz sześć i pół. – W te wakacje obie nauczyłyście się jeździć na rowerach bez bocznych kółek i wycieczki rowerowe z wami to była największa przyjemność dla mnie, wiecie? A jak świetnie wam szło na basenie! Obie potraficie już pływać w głębokiej wodzie. Brawo! Niedługo będziecie pływać szybciej niż ja, kochane moje. Gratuluję wam i jestem bardzo dumna – powiedziałam.
– Mamo – wtrąciła starsza swoją łamaną polszczyzną, – a co możemy się uczyć następne? Jakie zajęcia? – zapytała.
„O matko!” – pomyślałam. Przecież od lat prowadzam je tydzień w tydzień na balet i basen. W tym roku szkolnym starsza zaczęła też naukę gry na pianinie oraz po roku spędzonym na liście oczekujących dostała się do Rainbows*. No przecież ja już nie wydolę z nimi gonić na kolejne zajęcia. Ani one nie dadzą rady. Przecież to dzieci małe jeszcze i codziennie bite sześć godzin spędzają w szkole, co też jest wyczerpujące. Nie wspominając już o mojej płynności finansowej w obliczu ewentualnych nowych zajęć. Masakra. Tylko nie to. Musi jej wystarczyć. Nic nowego nie będzie. Żadnego tenisa, żadnej wspinaczki czy karate – bo te trzy mamy dostępne w pobliżu domu i są popularne. Sama wybrała to, na co chodzi. I basta. Muszę być twarda. Nic więcej.
– A czego byś chciała się jeszcze dodatkowo uczyć? – Zapytałam, bo nie chciałam odmówić na zasadzie „bo nie”, ale szczerze porozmawiać.
– Ja bym chciała, żebyś nauczyła nas gotować tak smacznie, ja ty potrafisz – powiedziała.
Anna, lat sześć i pół. Mistrzyni doprowadzania matki do łez wzruszenia.

* Odpowiednik polskich Zuchów dla dziewczynek.

Kartka z kalendarza (5)

Piętnasty września anno domoni 2016.
„Nadejszła” wiekopomna chwila, której obawiałam się od lat czterech i pół, czyli od dnia, kiedy pierwszy raz zaprowadziłam dziecko do placówki edukacyjnej. Nawet zdziwiona byłam, że jeszcze nie. A tymczasem stało się dziś.
Pierwszy raz w życiu zostałam przy odbiorze dziecięcia z placówki poinformowana o jego złym zachowaniu. Konkretnie dziecina moja rodzona młodsza, cztero i pół letnia, uderzyła inne dziecko. Nikt z dorosłych nie widział, ale dziecko owo płakało, a moja przyznała się i przeprosiła i była niesłychanie zawstydzona, kiedy mi o tym meldowano w jej obecności, więc sądzę, że nie było to niechcący.
Od dziś więc znam i ja to uczucie, kiedy wstydzisz się za własne dziecko, kiedy musisz podejść i przeprosić inną matkę.
Cała nadzieja jednak w tym, że skoro walnęła swoją najlepszą przyjaciółkę, z którą od roku jest prawie nierozłączna, i zdarzyło się to pierwszy raz, to może to jednak nie wejdzie jej w krew, ale pozostanie jednorazowym incydentem. W przeciwnym razie nie mam pojęcia, co się robi.

Kartka z kalendarza (4)

Czternasty września anno domini 2016.
Świat dopiero co ochłonął po dorocznym lansowaniu się celebrytów i polityków na obchodach 9/11, Legia przerżnęła z Borussią 0-6.
Moja młodsza córka, lat cztery i pół, podczas pikniku jaki zrobiłyśmy sobie w parku po lekcjach, przeczytała na głos pierwszą przyniesioną ze szkoły książeczkę*.
Godzinę później starsza, lat sześć i pół, wyszła z lekcji baletu z listem informującym, że jest gotowa do zdawania pierwszego w życiu egzaminu państwowego w Royal Academy of Dance. Dwie godziny później, po kolacji usiadła do pianina i radośnie odbębniła dwudziestominutowe ćwiczenia zadane jej przez panią dzień wcześniej na pierwszej lekcji gry. Po kąpieli natomiast usiadła na łóżku i przeczytała na głos pierwszą stronę pierwszej w swoim życiu samodzielnie czytanej książki**.
To macierzyństwo wykończy mnie psychicznie. Człowiek nie może się tyle razy wzruszać jednego dnia.

* Ku pamięci sobie zpiszę: „Hide and seek” z serii Oxford Reading Tree.
** Również ku pamięci: „The Children of Noisy Village”, czyli „Dzieci z Bullerbyn”.

Do szkoły czas

Nie, żebym była zdziwiona. Co to, to nie. W końcu mam te dzieci już parę lat.
Otóż o ile sześcio i pół latka przez dwa lata nauki w szkole przyniosła kwitek że walnęła w coś głową czy innym organem i dostała zimny kompres lub plaster trzy, może cztery razy, to cztero i poł latka po roku uczęszczania do tejże placówki do grupy przedszkolnej ma tych kwitów tyle, że w IPN-nie miałaby własny regał.
Także wiedziałam, że nie ma co liczyć na cud i nie byłam zdziwiona, jak po trzech pierwszych dniach nauki miałam już dwa kwity, po jednym na głowę i kolano, zgubiony bidon z wodą i bluzę z logo szkoły.
Kiedy natomiast czwartego dnia zadzwonili ze szkoły, żebym odebrała wcześniej córkę, bo walnęła głową o beton tak, że ma śliwę na pół czoła i zdartą skórę z policzka, że podejrzewają wstrząsnienie mózgu i wolą, żeby rzygała mi w domu, niż im w klasie, zaczęłam się jednak zastanawiać, czy oni w tej szkole tych dzieci w ogóle doglądają. Bo w sumie przy mnie, matce z lekka wyrodnej, która jak dziecko szaleje na rowerze za bardzo to raczej odwróci głowę, żeby się nie denerwować, niż poleci dziecię asekurować, wypadków zdarza się znacznie, ale to bardzo znacznie mniej.
Nie, żebym chciała zwalać na szkołę, no, ale bez jaj, to dopiero pierwszy tydzień, a przed nami siedem lat w tej placówce.
Szłam tak dziś z potomnymi moimi naszą stałą trasą ze szkoły na basen i rozmyślałam jak dziecię od samozagłady ocalić, czy może wygodniejsze buty kupić, albo w spodnie ją pakować rano, nie w kiecki, czy może porozmawiać z przeuroczą wychowawczynią, żeby się jednak czasem dzieckiem zajęła, jak już taką ma tę robotę.
Kiedy mijałyśmy maleńki osiedlowy komis z zabawkami i ubrankami dla dzieci, o wdzięcznej nazwie Jack Cośtam, młodsza zagadała.
– Mamooo?
– Nooo? – odpowiedziałam z właściwym sobie polotem, odruchowo rozglądając się już w prawo i w lewo czy ulica jest pusta, bo spodziewałam się, że chce przejść przezeń i wejść do sklepiku pooglądać zabawki.
– A wiesz, że „cy” i „ky” to jest razem digraph* i się go czyta „k”? Ja się w szkole nauczyłam – zakomunikowała pęczniejąc z dumy.
A więc jednak. Coś w tej szkole z nią robią.

* dwuznak

Plany

Moje dzieci rujnują mi wakacje. A planowałam je skrzętnie od sześciu miesięcy. Wakacje znaczy.
Już w styczniu zaczęłam szukać lotów na sierpień do Polski, żeby dzieciom Kraków pokazać i Zakopane i inne takie. Ale że tanim liniom lotniczym się we łbach poprzewracało i za te same „piniendze” co w sierpniu do Polski, przelecę się w październiku do Hiszpanii i dwa razy w zimie na narty, to się długo nie zastanawiając zdecydowałam spędzić lato w mieście i czekać spokojnie na październik.
Zaplanowałam, że pozapisuję dzieci na jakieś zajęcia, co lubią, albo inaczej, co moje karty kredytowe zdzierżą jakoś. Na zajęcia na basenie pomyślałam, że zapiszę, bo przecież kiblują już w tych swoich grupach tyle czasu bez postępu, że żal mi tyłek ściska co miesiąc jak czek wypisuję. No, ale zanim zdążyłam, to przyniosły obie kartki od instruktorów, że mam przenieść do wyższych grup.
To pomyślałam, kupię tira środków opatrunkowych dla dzieci, i drugiego tira melisy dla siebie, i nauczę potomne jeździć bez bocznych kółek na rowerach. Miesiąc wakacji nam zleci jak złoto. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Zawiązałam trampki, odkręciłam boczne kółka, otwarłam drzwi domostwa… I pojechały.
Dopiero pięć dni z sześciu tygodni wakacji, które mamy, a one zrujnowały już drugi mój plan.
To co? Skrzypce im kupię, nie? Tego do końca sierpnia nie ogarną.

Postęp

Adam Słodowy, „Lubię majsterkować”. Wydanie ósme, rok 1984. Kupiłam przez internet, na pamiętkę, choć moje oryginalne, które zaginęło bez śladu, było prawdopodobnie wydane wcześniej.
Dzieci w szkole. Piję kawę na tarasie, kartkuję.
Nagle znów mam osiem lat. Rodzice w pracy, brat w przedszkolu. Jestem sama w domu bo do szkoły na drugą zmianę. Czytam z wypiekami na twarzy. Codziennie cierpliwie wykonuję coś nowego. Perukę dla lalki, telegraf, krosno tkackie, świeczniki i lampiony.
Znałam tę moją biblię na pamięć. Nie konstruowałam urządzeń mechanicznych, ale pracę z papierem, nożyczkami i klejem uwielbiałam zawsze. Moje biurko było otwartym warsztarem. Produkowałam na tony.
Łza za mi się w oku zakręciła na wspomnienie czasów, kiedy największym skarbem była zawartość piórnika. Kiedy bajek i piosenek dla dzieci słuchało się z płyt winylowych na prawdziwym adapterze, i niezapomnianą atrakcją były organizowane przez dorosłych wieczorne pokazy slajdów z wakacji.
Jakim postępnem techniki były kasety magnetofonowe, które potem zasąpiły płyty. Jakim cudem była gra elektroniczna w której łapało się spadające jajka, i którą miała jedna dziewczynka na osiedlu i dawała nam czasem pograć. Nikomu nie śniły się jeszcze komputery osobiste ani telefony komórkowe.
Kartkuję te pożółke strony mojego dzieciństwa i nie mogę się nadziwić, ile zmieniło się przez cztery dekady, i jak bardzo inne dzieciństwo mają moje dzieci.
Godzinę później odbieram je ze szkoły.
– Mamo, mamo – woła pierworodna, lat sześć. – Wiesz, dziś na maths* rozwiązałam wszystkie zadania na tablecie bez błędu i tak szybko, że w nagrodę mogłam pójść się pobawić do „imagination room”, gdzie są kleje, nożyczki, papiery i różne recycling materials** i można samemu robić art and craft***. To była super nagroda.
No właśnie.

* matematyka
** plastikowe i kartonowe opakowania, głównie spożywcze
*** prace ręczne, wycinanki, wyklejanki,

 

Kartka z kalendarza (3)

Pierwszy lipca anno domomi 2016.
Tydzień po brytyjskim referendum na temat opuszczenia UE kontynent zalała plaga proroków, z kórych każdy wieszczy inaczej. Do Polski wróciła reprezentacja na Euro, która odpadła z turnieju nie przegrywając żandego meczu. Szkoła moich dzieci wydała świadectwa, z których wynika, że znowu się prześliznęłam psim swędem bez wyrzutów sumienia, że calutki rok nie interesuję się czego ich tam uczą, nie pilnuję lekcji, a świadectwo dobre.
Ale to wszystko nic.
Bo oto dziś o ósmej rano czasu lokalnego, potomna moja młodsza, lat cztery i pół, po latach bezskutecznego namawiania z mojej strony i dawania dobrego przykładu ze strony sześcioletniej siostry, niespodziewanie przeleciała wzrokiem po zawartości lodówki i omijając mieszankę mleka w proszku z syroprm glukozowo-fruktozowym zwaną potocznie, acz mylnie serkiem homogenizowanym, wyjęła pudełko z napisem „jogurt naturalny”, którego pełna lista składników brzmi: mleko, dodała łyżeczkę miodu i oświadczyła, że od teraz to jest jej ulubione śniadanie.
Brexit może się schować. Tu się rodzi prawdziwa historia.

Apel do reprezentacji Polski przed ćwierćfinałem na Euro 2016

Ja, niżej podpisana matka singielka, z całego serca apeluję do Was: Ogarnijcie się panowie!
Bo nie trzeba się znać na piłce, żeby widzieć, ze wszystko wam od początku idzie nie tak, jak planowano.
Przecież wysłaliśmy na to Euro reprezentację, czyli króla strzelców i mistera bramki. Przygotowaliśmy zaplecze z najwyższej półki. Lewandowski śpiewa w telewizorze z Kotem. Marina zwana Szczęsną mówi w gazecie, że za mężem pójdzie wszędzie, nawet do pierwszej dziesiątki światowych WAG, nawet w dwunastocentymetrowych szpilkach z czerwoną podeszwą. Wszyscy ciężko harują na reprezentację, a wy co? Wy se jaja jakieś robicie!
Co to w ogóle jest, żeby wszystkie piłki wybijał łysy?! Żeby gole strzelał brodaty z kurzymi łapkami! A już fakt, że Europa sika po kolanach na widok zapasowego, nieogolonego, z worami pod oczami od przewijania w nocy pieluch bramkarza, którego żony nikt nawet na oczy nie widział, to jest skandal! Co wy sobie myśleliście panowie?
Wszyscy zasuwacie po równo jak mrówki, wszyscy się staracie, pomagacie sobie nawzajem. I jeszcze się lubicie. I macie czelność ciągnąć to z meczu na mecz coraz dalej. Skandal!
To nie jest reprezentacja panowie. To jest zgrany zespół. Nie tak miało być.
Więc apeluję do was! Nie bawcie się w żadne dobre zmiany – to jest niemodne. Weźcie się w garść, wróćcie do korzeni, przestańcie grać w tę piłkę, zacznijcie przed nią uciekać, a jak was dopadnie, walcie w ciemno na Lewego. Jego gole same się nie nastrzelają, zwłasza, jeśli wam go wcześniej poturbują. I na bramce postawcie Szczęsnego, bo jest blondyn wysoki, i nie po to się żenił, żeby mieć teraz poślubną objazdówkę autokarem po Francji.
Naprawdę, weźcie się w garść panowie, bo zostały wam już tylko trzy mecze.

Z poważaniem,
matka singielka