Kartka z kalendarza (7)

Czternasty stycznia anno domini 2017.
Angielska zima w pełnym rozkwicie. Wieczorem na pólnocy spadł śnieg. Dwa centymetry. Utrzymywał się prawie sześć godzin. Internet zalała fala nocnych zdjęć miniaturowych bałwanów, oraz fala memów naigrywujących się z żywiołowej klęski.
Na południu świeci piękne słońce. Na termometrze w cieniu osiem stopni. W ogródku, obok nieprzerwanie kwitnących od października wrzosów, wschodzą krokusy i żonkile. Przebyśniegi kwitną obficie. Przebijają się przez nie koszoną od jesieni i wybujałą przez zimę do trzydziestu centymetrów trawę.
W piękny ten sobotni leniwy poranek córka moja pierworodna, lat sześć i pół, siadła po śniadaniu do pianina i wyćwiczyła swój pierwszy utwór na dwie ręce. „Jingle Bells”, które przyniosła na kartce z ostatniej lekcji, datowanej na szóstego grudnia ubiegłego roku.
Pasjonatka slow life.

Kartka z kalendarza (6)

Siedemnasty grudnia anno domini 2016. Ósma dwadzieścia rano.
Siedzę ja sobie na kanapie, w dużym pokoju mieszkania, które wynajęłam na tydzień pobytu w rodzinnym moim mieście, ażeby odwiedzić rodzinę i pojeździć na nartach. Zaplatam warkocze starszej córce, lat sześć i pół. Młodsza, lat prawie pięć kręci się po drugim pokoju i coś sobie śpiewa. Okiem jednym kontroluję warkocze, drugim zerkam na kanał informacyjny telewizji narowowej, bo dnia poprzedniego zaczęła się w sejmie awantura, i jej poranny ciąg dalszy mnie ciekawi.
Spiker podaje wiadomości i następnie gładkim głosem przechodzi do komentowania infografiki rzuconej na ekran, przedstawiającej schemat domu mieszkalnego z zaznaczonymi miejscami, gdzie najlepiej ukryć prezenty gwiazdkowe i jak przechytrzyć dzieci, żeby nie znalazły ich za wcześnie.
Z rękami zaplątanymi w misternie dłubane sploty holenderskie nie mam szans chwycić pilota i zmienić kanału na czas.
Dziecię me pierworodne stoi zdruzgotane, z szeroko otwartymi ustami, z zaszklonymi oczami. Odwraca się ze wzrokiem pytającym i nie czekając na odpowiedź pada mi w ramiona.
Cóż, trzydzieści pięć lat i cztery dni później, kolejne pokojenie ma swoją wersję porannej informacji, że Teleranka nie będzie.

Narty

Tegoroczne ferie świąteczne rozpoczęły się tydzień przed Bożym Narodzeniem, a że nie jesteśmy z córkami fankami przedświątecznego pucowania chałupy na błysk, spakowałyśmy walizki i pognałyśmy na lotnisko, gdzie złapałyśmy pekaes ogólnie znienawidzonych a jednak najbardziej obleganych tanich linii lotniczych i już po sześciu godzinach podróży znalazłyśmy się w moim rodzinnym mieście.
Drugi rok z rzędu nasz wypad na narty przebiegł pod hasłem „lepiej być nie może”.
Wynajęte w ciemno mieszkanie dwa bloki od moich rodziców okazało się bardzo przyjemne i czułyśmy się jak w domu. Samochód pożyczył nam mój brat. Mróz trzymał leciuteńko poniżej zera, wiec drogi były czarne a stoki narciarskie idealnie przygotowane. Słońce opalało nam twarze podczas jazdy.
Nowy instruktor przypadł nam do gustu i sprawdził się fantastycznie. Spędzałyśmy na stoku po kilka godzin w różnych konfiguracjach. Jedna się uczyła, dwie lepiły bałwana, albo dwie sie uczyły jedna piła kawę, albo uczyły się wszystkie trzy.
Babcia karmiła nas codziennie z góry na cały następny tydzień, dziadek wpadał wieczorami czytać bajki na dobranoc. Klinika stomatologiczna do której udałam sie na konsultację, przemieliła mnie i wypluła z wszczepionymi implantami. Mój ukochany teatr zaserwował mi dwie fajne komedie. Lodowisko mnie zaskoczyło, bo przekonana, że potrafię jeździć na łyżwach, po dwóch dekadach przerwy nie byłam w tym wcale lepsza niż moje debiutujące na łyżwach dzieci. Miasto przepięknie oświetlone na święta. Lody w cukierni, do której chodziłam jako dziecko, smakują dalej wyśmienicie. Słowem, wszystko cudownie.
Wisienką na torcie było nieoczekiwane spełnienie mojego marzenia, które nadeszło o kilka lat wcześniej, niż myślałam. Nasz ostatni zjazd na nartach. Ja i moje córki. Same, bez instruktora, bez pomocy. Jechałyśmy po stoku, kręcąc łagodnie, bez wysiłku, z przyjemnością. Jakby nigdy nic. Jakbyśmy szły na spacer. Nasz pierwszy rodzinny wspólny zjazd.
Wzruszająca ta chwila trwała około trzydziestu sekund.
Nie, żadna z nas nie wpierniczyła się w zaspę i nie została uznana za zginioną. Żadna nie przerwóciła się i nie zastygła w pozycji węzła gordyjskiego. Nic z tych rzeczy.
– Mamo, źle to zrobiłaś. Pan Mateusz uczył inaczej. Ja ci pokażę – zakrzknęła po prostu moja młodsza córka, lat niespełna pięć.
Jak nic, za dobrego instruktora miała.
Podpisano: matka singielka, mistrzyni kręcenia bicza na samą siebie.

Projekt Lady

„To jest tak rzadki widok, że chyba zrobię pamiątkowe zdjęcie” – pomyślałam gapiąc się wgłąb pustej komory mojego zlewozmywaka. Było południe, co miałam dziś zrobić, to zrobiłam, do odebrania dzieci ze szkoły zostały trzy godziny.
Wzięłam prysznic, podmalowałam oko, ubrałam się w nowy ciuch, w którym o dziwo przypominam bardziej homo sapiens płci żeńsiej niż beczkę i umówiłam się na lunch z przyjaciółką. W drodze do restauracji zajrzałam do drogerii, gdzie zakupiłam flakonik perfum i nowy lakier do paznokci. Następnie przy lekkiej sałatce, sącząc wodę źródlaną ustalałam menu i kartę win na najbliższe planowane przyjęcie świąteczne.
O piętnastej odebrałam ze szkoły dzieci, i ponieważ zaczął padać deszcz, nie ciągnęłam ich do domu na obiad, żeby potem zmoknąć w drodze na zajęcia z baletu, tylko wzięłam je do pobliskiego pubu, gdzie zamówiłam im obiad.
Dzieci grzecznie rysowały w oczkiwaniu na swoje porcje. Uprzejmie podziękowały, kiedy kelner przyniósł im dania. W ciszy zabrały się za jedzienie. Młodsza nawet niedawno oduczyła się zbytnio wymachiwać nożem i widelcem podczas jedzenia. „No cud miód” – pomyślałam. „Spędzam dziś dzień jak prawdziwa dama. W dodatku dzieci mam jak anioły. Gosia Rozenek byłaby ze mnie dumna” – wzdychałam w myślach pijąc wodę i oglądając świat przez okno.
– Mamusiu, nie trzyma się łokci na stole – wyszeptała do mnie w konspiracji, żeby mnie nie zawstydzić młodsza, czteroipółletnia.
No i tyle z mojego bycia damą.

Rolnik

Sobota, ósma rano. Przyczłapały do mojej sypialni, wlazły pod kołdrę. Wyjątkowo nie miały pod pachami pluszaków, tylko zabawkę wyrzut sumienia.
Zabawka wyrzut sumienia to przyrząd do zabawy dla małego dziecka, najczęściej ekologiczny i edukacyjny oraz wymagający zaangażowania rodzica w zabawę, który kupujesz na fali uniesienia, błądząc jeszcze wtedy w pełnym makijażu po sklepach z wyposażeniem dla noworodków i głaszcząc się wypielęgnowaną dłonią z idealnymi hybrydami po swoim rosnącym brzuszku, w głowie mając wizję szczęśliwych chwil z roześmianym maluszkiem bawiącym się grzecznie na puchatym białym dywanie. Parę miesięcy później sensem twojego życia staje się syzyfowe robienie prania za dnia i marzenie o śnie w nocy, a na propozycję pobawienia się z dzieckiem reagujesz na tyle nerwowo, że nikt się nie ośmiela. Zabawka natomiast plącze się po domu latami, długo jeszcze po tym, jak dzieci z niej wyrosną i jest twoim nieustannym wyrzutem sumienia za każdym razem, kiedy wpadnie ci w oczy.
No więc przyniosły książeczkę z tekstami piosenek. Była kiedyś do tego płyta, ale potomne ją unicestwiły, zanim udało mi się z nimi posłuchać. Otwarły na pierwszej stronie i zaczęły z zapałem śpiewać piosenki po kolei, bo nauczycieli w przedszkolu miały nie od parady, więc znają. Co oczywiście wyrzut sumienia pogłębia; że znają, ale nie ode mnie.
Doszły do „ABC”.
– Ej bi si di i ef dżiii – zaczęła starsza, lat sześć i pół.
– Hejdż aj dżej kej enomenopi – radoście kontynuowała młodsza, lat cztery i trzy czwarte.
– Julka, to jest: el em en oł pi, nie enomenopi – skorygowałam matkopolsko, zamiast pochwalić.
– Nie, hejdż aj dżej kej enomenopi – odśpiewała ponownie i kategorycznie.
– Julka, naprawdę. El em en oł pi – przekonaywała ją starsza.
– Ja wiem jak jest, pani w szkole uczyła. Enomenopi! – krzyknęła i na znak zakończenia tematu przewóciła na następną stronę.
Cóż, każdy ma swojego „Rolnika w Sandolinie” i już.

Wczasy

Nadejszła wiekopomna chwila. A raczej tydzień caly. 15-22 października 2016. Nasze pierwsze wczasy. Nie wizyta u rodziny czy przyjaciół połączona ze zwiedzaniem, ale pierwsze prawdziwe wczasy z definicji, co w drugiej dekadzie XXI wieku w obrębie Zjednoczonej jeszcze Europy oznacza wylot tanią irlandzką linią do Hiszpanii, gdzie hotele serwują angielskie śniadanie i niemieckie korniszony, gdzie z pokojówką dogadasz się wyłącznie po ukraińsku a na ulicznym straganie kupujesz od Araba chińską koszulkę z napisem I love Barcelona. Jakie czasy, takie wczasy, chciałoby się rzec.
Plan był doskonały. Blisko plaży. Pełne wyżywienie. Na wypadek kiepskiej pogody, zabezpieczyłam się wybierając hotel z krytym basenem, SPA i zajęciami dla dzieci. Ideał. Ja w saunie, dzieci na zajęciach, potem wspólne taplanie się w basenach. Cud miód. Na wypadek wybrzydzania na stołówce, sprawdziłam, że obok hotelu stoi supermarket, a w nim zawsze znajdą się bułki i parówki.
Plan się rypnął już pierwszego dnia. Pogoda była idealna do leżenia na plaży. Zajęcia dla dzieci były tylko w niedzielę, więc zabierałam je do SPA, gdzie okazało się, że są wprost stworzone do sauny i jacuzzi i ani myślą puszczać mnie tam samej. Zaś stołówką, którą osobiście oceniałam na średnią, potomne moje były zachwycone i latały z talerzami do bufetu po dokładki aż miło. Jakby tego było mało, wieczorna rozrywka w postaci dyskoteki była tak marna, że przez pierwszą godzinę szalały na niej wystrojone i wyszminkowane małolaty wczesnoszkolne, a kiedy padały ze zmęczenia, impreza padała wraz z nimi, więc już od dziesiątej wieczorem człowiek spokojnie spał, bez słuchania do trzeciej w nocy gawiedzi błądzącej po korytarzach, w pijackim zwidzie mylącej piętra i korytarze a także partnerki, i nawołującej do siebie oraz wydzwaniającej w celu skorygowania pomyłki.
Cóż było więc robić? Spędziłyśmy tydzień na leniwym acz radosnym snuciu się pomiędzy SPA, basenami, plażą, zakupami i posiłkami. Ja dodatkowo korzystałam z barku a dzieci z wesołego miasteczka i minigolfa.
Także mam nauczkę. Z dziećmi nie da się nic dobrze zaplanować.

Z poradnika Umęczonej Matki Polki – porada XXV

Jeżeli zdaży ci się nietypowo, acz szczęśliwie, wizytować saunę w czasie, kiedy potomstwo twoje łączy w mozole kolejne synapsy pod czaszką, czyli potocznie mówiąc, przebywa w szkole, i jeśli po wyjściu z sauny, kiedy jak wiadomo, warto poddać ciało peeling’owi, masz przy sobie domowej własnoręcznej roboty peeling z kawą, i jeśli w dodatku jesteś blondynką a nie zamierzasz myć włosów od razu, to niech cię Bóg w swej łaskawości broni od pomysłu smarowania tym peelingiem gęby. O przepraszam, lica.
W przeciwnym razie, popołudnie spędzisz na tłumaczeniu każdemu spotkanemu pod placówką edukacyjną odbierającemu dzieci rodzicowi, że to czarne w twoich włosach co tak przykuwa jego wzrok, to nie plaga wszy lub pcheł, ale kawa mielona rozmiar 4 z Aldika, i sama ją sobie tam wtarłaś dla zdrowia.

Znak czasu

„Zanim skończy siedem lat, będzie pływała lepiej niż ja kiedykolwiek” – pomyślałam dziś o mojej starszej córce, obserwując jej cotygodniowe zajęcia na basenie. Kraulem i żabką szybko się męczy, bo nie potrafi jeszcze ustawić sobie oddychania, ale na plecach pływa zawodowo i to tylko kwiestia miesięcy, kiedy mnie zostawi w tyle. Zwłaszcza, że zaczęli ją już uczyć i pływania motylkiem również.
Siedziałam tak i dumałam o tym, w czym nasze dzieci są od nas lepsze, i w jakim stopniu to jest nasza zasługa, a w jakim to po prostu wymiana pokoleń.
Nic dziwnego, że pływają czy grają na instrumentach, skoro co tydzień się je na lekcje prowadza. A fakt, że szybciej łapią obsługę nowinek technicznych, to chyba też normalny znak czasów. Że posiądą w szkole nową wiedzę, której my czterdzieści lat temu w komunistycznym kraju nie mieliśmy w programie nauczania, też nic złego. Wszystko to cieszy i napawać będzie dumą i radością przez kolejne lata.
Aż przyjdize czas, że pewniego dnia przewyższą nas bystrością umysłu. Że połkną w jedno popołudnie książkę, dla nas już niezrozumiałą i nudną. Że lepiej załatwią sprawę w urzędzie, lepiej wymyślą, jak rozwiązać problem. Jakże trudne będzie pogodzenie się ze starością, z początkami demencji. Oby życie nas na to stopniowo przygotowało, pozwoliło się pogodzić, nie zaskoczyło.
– A co jadłyście na lunch w szkole? – zapytałam w drodze powrotnej z basenu córki moje dwie, lat sześć i pół oraz cztery i pół.
– Ja jacket potato* – powiedziała starsza.
– A ja sausage** – dodała młodsza.
– A nie meatballs***? – zdziwiłam się. – W domu czytałyśmy w menu, że dziś są meatballs przecież. Widocznie mamy nieaktualne menu. Muszę je wyrzucić i wziąć ze szkoły nowe.
– Mamo, nie wyrzucaj. – Powiedziała starsza roztropnie. –  Najpierw weź ze szkoły nowe, żebyś mogła porównać i wiedzieć, czy to na pewno jest nowe – wyjaśniła.
No, to długo nie czekałam.

* ziemniak pieczony ze skórą podawany z różnymi dodatkami
** kiełbaska
*** klopsy

Refleks

Nie wiem jak inne samodzielne matki Polki, ale ja w każdą niedzielę, którą uda mi się mieć wolną od planów od samego rana, nieodmiennie delektuję się od samego przebudzenia faktem, że wyszłam z pieluch. Że nie wyrywa mnie ze snu bladym świtem darcie się małej paszczy zgłaszającej zapotrzebowanie na płynny prowaint, którego poprzednią dawkę sprzed kilku godzin przerobiła już na odpadki i mniej lub bardziej szczelnie ulokowała w gaciach. Że nie lamentuję w duszy, że matka też człowiek i chociaż wysikać się z rana musi, po czym siedząc na toalecie dostaję stanu przedzawałowego, bo darcie się paszczą ustało nienaturalnie nagle.
Otóż nie. Wyszłam z pieluch i budzę się bez użycia budzika. W pokoju obok jedna potomna siedzi przy biurku i skrobie cichutko rysunek, druga jeszcze śpi. Przewracam się na drugi bok, otwieram książkę na stronie, na której wydaje mi się, że wczoraj zasnęłam i pogrążam się w delektowaniu błogostanu. Potomne tymczasem wstają, przychodzą się przytulić, idą do toalety, myją ręce, wyciągają jogurty z lodówki, piją wodę, i znajdują sobie jakieś zajęcie, to jest odpalają x-box’a. Na piżamowe śniadanie zbieramy się w kuchni około dziesiątej, a do tego czasu mogę do woli dziękować losowi w przerwach między stronami książki, jaki to cud, mieć dzieci, które nareszcie same się załatwiają, ubierają, jedzą, same chodzą po schdach i śpią całe noce.
– Mamo, jak się pisze „Julia’s farm”? – wyrwał mnie dziś rano z błogostanu głos z dołu, na co machinalnie odpowiedziałam dyktując po literce, i na powrót zatraciłam się w podziwianiu talentu Joanny Chmielewskiej do ściągania na siebie kłopotów.
Dwie strony dalej tknęło mnie. Zamknęłam książkę, usiadłam. Dotarło do mnie, że to nie starsza pytała, ale tym razem ta młodsza, cztero i półletnia.
Jasny gwint. Muszę się ogarnąć, bo z takim refleksem pogadankę o antykoncepcji zrobię im dopiero po studiach.

Czoło

„Jak to dobrze, że jest weekend. Wszystkie odpoczniemy od całotygodniowej gonitwy, a Julka nie zrobi sobie żandej krzywdy przez dwa dni i zaleczy rany ” – pomyślałam w sobotę rano, po przebudzeniu się i lewniwym przerwóceniu na drugi bok.
Julka bowiem, blond anioł w wieku lat cztery i pół, ma od urodzenia wyjątkowy talent do walenia głową w miejsca, ogólnie uznawane za do tego nie przeznaczone i tym samym wiecznie ma sine, podrapane i obolałe czoło. Talent ten spotęgował się ostnio, kiedy rozpoczęła naukę w szkole, i obecnie jej lico nieustająco zdobią plastry.
Leżąc w sobotę o poranku w pościeli liczyłam więc na spokojny rodzinny weekend i miałam nadzieję, że Julka podleczy swe najnowsze rany. Przeliczyłam się.
Dwanaście godzin później, na naszym ulubionym campingu nad morzem, gdzie ulokowałyśmy się na noc w namiocie, nadzieję tę straciłam ostatecznie wzywając karetkę pogotowia do czoła rozciętego podczas nurkowania na basenie, które krwawiło na tyle intensywnie, że ratownik ze swoim zestawem pierwszej pomocy był bezradny.
Pierwsza, w ciągu kilku minut zjawiła się straż pożarna, a konkretnie pomoc medyczna straży, komunikując, że karetka już jedzie, ale oni byli bliżej zgłoszenia. Zaczęli oczyszczać ranę i tamować krew. Chwilę później zjawiła się karetka, i oni zatamowali krew do końca i oczyścili ranę, oraz zarządzili, że bez szycia się nie obejdzie, bo głębokie, że kość czaszki widać. Ale że nie chcieli nam psuć weekendu, to nie ciągnęli nas do szpitala na szycie, tylko wezwali trzecią karetkę, której obsługa miała specjalny klej na wyposażeniu. Pan położył pacjentkę na karimacie przed namiotem i kazał mi świecić latarką. Ścisnął ranę ciasno, przejechał klejem, odliczył pięć sekund i puścił. Magia. Po ranie została cieniutka ciemna kreseczka, a pan oświadczył, że jeśli nie będzie senności, wymiotów i innych niepokojących objawów, to dziecię może robić wszystko, łącznie z pływaniem, bo klej będzie trzymać.
Na koniec dziecina dostała garść lizaków od obsługi, i jak gdyby nigdy nic poszłyśmy spać.
I’ll tell all my friends I had a head bump and three ambulances came to rescue me and I had a bandage on my head and I was SO BRAVE!* – powiedziała mi przed zaśnięciem.
Szczęście wypisane w tej sekundzie na jej twarzy – bezcenne.

* Opowiem wszystkim, że uderzyłam się w gowę i przyjechały trzy karatki i miałam bandaż na głowie i byłam TAKA DZIELNA!