Projekt Lady

„To jest tak rzadki widok, że chyba zrobię pamiątkowe zdjęcie” – pomyślałam gapiąc się wgłąb pustej komory mojego zlewozmywaka. Było południe, co miałam dziś zrobić, to zrobiłam, do odebrania dzieci ze szkoły zostały trzy godziny.
Wzięłam prysznic, podmalowałam oko, ubrałam się w nowy ciuch, w którym o dziwo przypominam bardziej homo sapiens płci żeńsiej niż beczkę i umówiłam się na lunch z przyjaciółką. W drodze do restauracji zajrzałam do drogerii, gdzie zakupiłam flakonik perfum i nowy lakier do paznokci. Następnie przy lekkiej sałatce, sącząc wodę źródlaną ustalałam menu i kartę win na najbliższe planowane przyjęcie świąteczne.
O piętnastej odebrałam ze szkoły dzieci, i ponieważ zaczął padać deszcz, nie ciągnęłam ich do domu na obiad, żeby potem zmoknąć w drodze na zajęcia z baletu, tylko wzięłam je do pobliskiego pubu, gdzie zamówiłam im obiad.
Dzieci grzecznie rysowały w oczkiwaniu na swoje porcje. Uprzejmie podziękowały, kiedy kelner przyniósł im dania. W ciszy zabrały się za jedzienie. Młodsza nawet niedawno oduczyła się zbytnio wymachiwać nożem i widelcem podczas jedzenia. „No cud miód” – pomyślałam. „Spędzam dziś dzień jak prawdziwa dama. W dodatku dzieci mam jak anioły. Gosia Rozenek byłaby ze mnie dumna” – wzdychałam w myślach pijąc wodę i oglądając świat przez okno.
– Mamusiu, nie trzyma się łokci na stole – wyszeptała do mnie w konspiracji, żeby mnie nie zawstydzić młodsza, czteroipółletnia.
No i tyle z mojego bycia damą.

Rolnik

Sobota, ósma rano. Przyczłapały do mojej sypialni, wlazły pod kołdrę. Wyjątkowo nie miały pod pachami pluszaków, tylko zabawkę wyrzut sumienia.
Zabawka wyrzut sumienia to przyrząd do zabawy dla małego dziecka, najczęściej ekologiczny i edukacyjny oraz wymagający zaangażowania rodzica w zabawę, który kupujesz na fali uniesienia, błądząc jeszcze wtedy w pełnym makijażu po sklepach z wyposażeniem dla noworodków i głaszcząc się wypielęgnowaną dłonią z idealnymi hybrydami po swoim rosnącym brzuszku, w głowie mając wizję szczęśliwych chwil z roześmianym maluszkiem bawiącym się grzecznie na puchatym białym dywanie. Parę miesięcy później sensem twojego życia staje się syzyfowe robienie prania za dnia i marzenie o śnie w nocy, a na propozycję pobawienia się z dzieckiem reagujesz na tyle nerwowo, że nikt się nie ośmiela. Zabawka natomiast plącze się po domu latami, długo jeszcze po tym, jak dzieci z niej wyrosną i jest twoim nieustannym wyrzutem sumienia za każdym razem, kiedy wpadnie ci w oczy.
No więc przyniosły książeczkę z tekstami piosenek. Była kiedyś do tego płyta, ale potomne ją unicestwiły, zanim udało mi się z nimi posłuchać. Otwarły na pierwszej stronie i zaczęły z zapałem śpiewać piosenki po kolei, bo nauczycieli w przedszkolu miały nie od parady, więc znają. Co oczywiście wyrzut sumienia pogłębia; że znają, ale nie ode mnie.
Doszły do „ABC”.
– Ej bi si di i ef dżiii – zaczęła starsza, lat sześć i pół.
– Hejdż aj dżej kej enomenopi – radoście kontynuowała młodsza, lat cztery i trzy czwarte.
– Julka, to jest: el em en oł pi, nie enomenopi – skorygowałam matkopolsko, zamiast pochwalić.
– Nie, hejdż aj dżej kej enomenopi – odśpiewała ponownie i kategorycznie.
– Julka, naprawdę. El em en oł pi – przekonaywała ją starsza.
– Ja wiem jak jest, pani w szkole uczyła. Enomenopi! – krzyknęła i na znak zakończenia tematu przewóciła na następną stronę.
Cóż, każdy ma swojego „Rolnika w Sandolinie” i już.

Wczasy

Nadejszła wiekopomna chwila. A raczej tydzień caly. 15-22 października 2016. Nasze pierwsze wczasy. Nie wizyta u rodziny czy przyjaciół połączona ze zwiedzaniem, ale pierwsze prawdziwe wczasy z definicji, co w drugiej dekadzie XXI wieku w obrębie Zjednoczonej jeszcze Europy oznacza wylot tanią irlandzką linią do Hiszpanii, gdzie hotele serwują angielskie śniadanie i niemieckie korniszony, gdzie z pokojówką dogadasz się wyłącznie po ukraińsku a na ulicznym straganie kupujesz od Araba chińską koszulkę z napisem I love Barcelona. Jakie czasy, takie wczasy, chciałoby się rzec.
Plan był doskonały. Blisko plaży. Pełne wyżywienie. Na wypadek kiepskiej pogody, zabezpieczyłam się wybierając hotel z krytym basenem, SPA i zajęciami dla dzieci. Ideał. Ja w saunie, dzieci na zajęciach, potem wspólne taplanie się w basenach. Cud miód. Na wypadek wybrzydzania na stołówce, sprawdziłam, że obok hotelu stoi supermarket, a w nim zawsze znajdą się bułki i parówki.
Plan się rypnął już pierwszego dnia. Pogoda była idealna do leżenia na plaży. Zajęcia dla dzieci były tylko w niedzielę, więc zabierałam je do SPA, gdzie okazało się, że są wprost stworzone do sauny i jacuzzi i ani myślą puszczać mnie tam samej. Zaś stołówką, którą osobiście oceniałam na średnią, potomne moje były zachwycone i latały z talerzami do bufetu po dokładki aż miło. Jakby tego było mało, wieczorna rozrywka w postaci dyskoteki była tak marna, że przez pierwszą godzinę szalały na niej wystrojone i wyszminkowane małolaty wczesnoszkolne, a kiedy padały ze zmęczenia, impreza padała wraz z nimi, więc już od dziesiątej wieczorem człowiek spokojnie spał, bez słuchania do trzeciej w nocy gawiedzi błądzącej po korytarzach, w pijackim zwidzie mylącej piętra i korytarze a także partnerki, i nawołującej do siebie oraz wydzwaniającej w celu skorygowania pomyłki.
Cóż było więc robić? Spędziłyśmy tydzień na leniwym acz radosnym snuciu się pomiędzy SPA, basenami, plażą, zakupami i posiłkami. Ja dodatkowo korzystałam z barku a dzieci z wesołego miasteczka i minigolfa.
Także mam nauczkę. Z dziećmi nie da się nic dobrze zaplanować.

Z poradnika Umęczonej Matki Polki – porada XXV

Jeżeli zdaży ci się nietypowo, acz szczęśliwie, wizytować saunę w czasie, kiedy potomstwo twoje łączy w mozole kolejne synapsy pod czaszką, czyli potocznie mówiąc, przebywa w szkole, i jeśli po wyjściu z sauny, kiedy jak wiadomo, warto poddać ciało peeling’owi, masz przy sobie domowej własnoręcznej roboty peeling z kawą, i jeśli w dodatku jesteś blondynką a nie zamierzasz myć włosów od razu, to niech cię Bóg w swej łaskawości broni od pomysłu smarowania tym peelingiem gęby. O przepraszam, lica.
W przeciwnym razie, popołudnie spędzisz na tłumaczeniu każdemu spotkanemu pod placówką edukacyjną odbierającemu dzieci rodzicowi, że to czarne w twoich włosach co tak przykuwa jego wzrok, to nie plaga wszy lub pcheł, ale kawa mielona rozmiar 4 z Aldika, i sama ją sobie tam wtarłaś dla zdrowia.

Znak czasu

„Zanim skończy siedem lat, będzie pływała lepiej niż ja kiedykolwiek” – pomyślałam dziś o mojej starszej córce, obserwując jej cotygodniowe zajęcia na basenie. Kraulem i żabką szybko się męczy, bo nie potrafi jeszcze ustawić sobie oddychania, ale na plecach pływa zawodowo i to tylko kwiestia miesięcy, kiedy mnie zostawi w tyle. Zwłaszcza, że zaczęli ją już uczyć i pływania motylkiem również.
Siedziałam tak i dumałam o tym, w czym nasze dzieci są od nas lepsze, i w jakim stopniu to jest nasza zasługa, a w jakim to po prostu wymiana pokoleń.
Nic dziwnego, że pływają czy grają na instrumentach, skoro co tydzień się je na lekcje prowadza. A fakt, że szybciej łapią obsługę nowinek technicznych, to chyba też normalny znak czasów. Że posiądą w szkole nową wiedzę, której my czterdzieści lat temu w komunistycznym kraju nie mieliśmy w programie nauczania, też nic złego. Wszystko to cieszy i napawać będzie dumą i radością przez kolejne lata.
Aż przyjdize czas, że pewniego dnia przewyższą nas bystrością umysłu. Że połkną w jedno popołudnie książkę, dla nas już niezrozumiałą i nudną. Że lepiej załatwią sprawę w urzędzie, lepiej wymyślą, jak rozwiązać problem. Jakże trudne będzie pogodzenie się ze starością, z początkami demencji. Oby życie nas na to stopniowo przygotowało, pozwoliło się pogodzić, nie zaskoczyło.
– A co jadłyście na lunch w szkole? – zapytałam w drodze powrotnej z basenu córki moje dwie, lat sześć i pół oraz cztery i pół.
– Ja jacket potato* – powiedziała starsza.
– A ja sausage** – dodała młodsza.
– A nie meatballs***? – zdziwiłam się. – W domu czytałyśmy w menu, że dziś są meatballs przecież. Widocznie mamy nieaktualne menu. Muszę je wyrzucić i wziąć ze szkoły nowe.
– Mamo, nie wyrzucaj. – Powiedziała starsza roztropnie. –  Najpierw weź ze szkoły nowe, żebyś mogła porównać i wiedzieć, czy to na pewno jest nowe – wyjaśniła.
No, to długo nie czekałam.

* ziemniak pieczony ze skórą podawany z różnymi dodatkami
** kiełbaska
*** klopsy

Refleks

Nie wiem jak inne samodzielne matki Polki, ale ja w każdą niedzielę, którą uda mi się mieć wolną od planów od samego rana, nieodmiennie delektuję się od samego przebudzenia faktem, że wyszłam z pieluch. Że nie wyrywa mnie ze snu bladym świtem darcie się małej paszczy zgłaszającej zapotrzebowanie na płynny prowaint, którego poprzednią dawkę sprzed kilku godzin przerobiła już na odpadki i mniej lub bardziej szczelnie ulokowała w gaciach. Że nie lamentuję w duszy, że matka też człowiek i chociaż wysikać się z rana musi, po czym siedząc na toalecie dostaję stanu przedzawałowego, bo darcie się paszczą ustało nienaturalnie nagle.
Otóż nie. Wyszłam z pieluch i budzę się bez użycia budzika. W pokoju obok jedna potomna siedzi przy biurku i skrobie cichutko rysunek, druga jeszcze śpi. Przewracam się na drugi bok, otwieram książkę na stronie, na której wydaje mi się, że wczoraj zasnęłam i pogrążam się w delektowaniu błogostanu. Potomne tymczasem wstają, przychodzą się przytulić, idą do toalety, myją ręce, wyciągają jogurty z lodówki, piją wodę, i znajdują sobie jakieś zajęcie, to jest odpalają x-box’a. Na piżamowe śniadanie zbieramy się w kuchni około dziesiątej, a do tego czasu mogę do woli dziękować losowi w przerwach między stronami książki, jaki to cud, mieć dzieci, które nareszcie same się załatwiają, ubierają, jedzą, same chodzą po schdach i śpią całe noce.
– Mamo, jak się pisze „Julia’s farm”? – wyrwał mnie dziś rano z błogostanu głos z dołu, na co machinalnie odpowiedziałam dyktując po literce, i na powrót zatraciłam się w podziwianiu talentu Joanny Chmielewskiej do ściągania na siebie kłopotów.
Dwie strony dalej tknęło mnie. Zamknęłam książkę, usiadłam. Dotarło do mnie, że to nie starsza pytała, ale tym razem ta młodsza, cztero i półletnia.
Jasny gwint. Muszę się ogarnąć, bo z takim refleksem pogadankę o antykoncepcji zrobię im dopiero po studiach.

Czoło

„Jak to dobrze, że jest weekend. Wszystkie odpoczniemy od całotygodniowej gonitwy, a Julka nie zrobi sobie żandej krzywdy przez dwa dni i zaleczy rany ” – pomyślałam w sobotę rano, po przebudzeniu się i lewniwym przerwóceniu na drugi bok.
Julka bowiem, blond anioł w wieku lat cztery i pół, ma od urodzenia wyjątkowy talent do walenia głową w miejsca, ogólnie uznawane za do tego nie przeznaczone i tym samym wiecznie ma sine, podrapane i obolałe czoło. Talent ten spotęgował się ostnio, kiedy rozpoczęła naukę w szkole, i obecnie jej lico nieustająco zdobią plastry.
Leżąc w sobotę o poranku w pościeli liczyłam więc na spokojny rodzinny weekend i miałam nadzieję, że Julka podleczy swe najnowsze rany. Przeliczyłam się.
Dwanaście godzin później, na naszym ulubionym campingu nad morzem, gdzie ulokowałyśmy się na noc w namiocie, nadzieję tę straciłam ostatecznie wzywając karetkę pogotowia do czoła rozciętego podczas nurkowania na basenie, które krwawiło na tyle intensywnie, że ratownik ze swoim zestawem pierwszej pomocy był bezradny.
Pierwsza, w ciągu kilku minut zjawiła się straż pożarna, a konkretnie pomoc medyczna straży, komunikując, że karetka już jedzie, ale oni byli bliżej zgłoszenia. Zaczęli oczyszczać ranę i tamować krew. Chwilę później zjawiła się karetka, i oni zatamowali krew do końca i oczyścili ranę, oraz zarządzili, że bez szycia się nie obejdzie, bo głębokie, że kość czaszki widać. Ale że nie chcieli nam psuć weekendu, to nie ciągnęli nas do szpitala na szycie, tylko wezwali trzecią karetkę, której obsługa miała specjalny klej na wyposażeniu. Pan położył pacjentkę na karimacie przed namiotem i kazał mi świecić latarką. Ścisnął ranę ciasno, przejechał klejem, odliczył pięć sekund i puścił. Magia. Po ranie została cieniutka ciemna kreseczka, a pan oświadczył, że jeśli nie będzie senności, wymiotów i innych niepokojących objawów, to dziecię może robić wszystko, łącznie z pływaniem, bo klej będzie trzymać.
Na koniec dziecina dostała garść lizaków od obsługi, i jak gdyby nigdy nic poszłyśmy spać.
I’ll tell all my friends I had a head bump and three ambulances came to rescue me and I had a bandage on my head and I was SO BRAVE!* – powiedziała mi przed zaśnięciem.
Szczęście wypisane w tej sekundzie na jej twarzy – bezcenne.

* Opowiem wszystkim, że uderzyłam się w gowę i przyjechały trzy karatki i miałam bandaż na głowie i byłam TAKA DZIELNA!

Zajęcia

– Dziewczynki, taka jestem z was dumna – zaczęłam lawinę pochwał, bo zebrało mi się na podsumowanie minionego lata, siadając pewnego wrześniowego popołudnia do kolacji z potomnymi moimi, lat cztery i pół oraz sześć i pół. – W te wakacje obie nauczyłyście się jeździć na rowerach bez bocznych kółek i wycieczki rowerowe z wami to była największa przyjemność dla mnie, wiecie? A jak świetnie wam szło na basenie! Obie potraficie już pływać w głębokiej wodzie. Brawo! Niedługo będziecie pływać szybciej niż ja, kochane moje. Gratuluję wam i jestem bardzo dumna – powiedziałam.
– Mamo – wtrąciła starsza swoją łamaną polszczyzną, – a co możemy się uczyć następne? Jakie zajęcia? – zapytała.
„O matko!” – pomyślałam. Przecież od lat prowadzam je tydzień w tydzień na balet i basen. W tym roku szkolnym starsza zaczęła też naukę gry na pianinie oraz po roku spędzonym na liście oczekujących dostała się do Rainbows*. No przecież ja już nie wydolę z nimi gonić na kolejne zajęcia. Ani one nie dadzą rady. Przecież to dzieci małe jeszcze i codziennie bite sześć godzin spędzają w szkole, co też jest wyczerpujące. Nie wspominając już o mojej płynności finansowej w obliczu ewentualnych nowych zajęć. Masakra. Tylko nie to. Musi jej wystarczyć. Nic nowego nie będzie. Żadnego tenisa, żadnej wspinaczki czy karate – bo te trzy mamy dostępne w pobliżu domu i są popularne. Sama wybrała to, na co chodzi. I basta. Muszę być twarda. Nic więcej.
– A czego byś chciała się jeszcze dodatkowo uczyć? – Zapytałam, bo nie chciałam odmówić na zasadzie „bo nie”, ale szczerze porozmawiać.
– Ja bym chciała, żebyś nauczyła nas gotować tak smacznie, ja ty potrafisz – powiedziała.
Anna, lat sześć i pół. Mistrzyni doprowadzania matki do łez wzruszenia.

* Odpowiednik polskich Zuchów dla dziewczynek.

Kartka z kalendarza (5)

Piętnasty września anno domoni 2016.
„Nadejszła” wiekopomna chwila, której obawiałam się od lat czterech i pół, czyli od dnia, kiedy pierwszy raz zaprowadziłam dziecko do placówki edukacyjnej. Nawet zdziwiona byłam, że jeszcze nie. A tymczasem stało się dziś.
Pierwszy raz w życiu zostałam przy odbiorze dziecięcia z placówki poinformowana o jego złym zachowaniu. Konkretnie dziecina moja rodzona młodsza, cztero i pół letnia, uderzyła inne dziecko. Nikt z dorosłych nie widział, ale dziecko owo płakało, a moja przyznała się i przeprosiła i była niesłychanie zawstydzona, kiedy mi o tym meldowano w jej obecności, więc sądzę, że nie było to niechcący.
Od dziś więc znam i ja to uczucie, kiedy wstydzisz się za własne dziecko, kiedy musisz podejść i przeprosić inną matkę.
Cała nadzieja jednak w tym, że skoro walnęła swoją najlepszą przyjaciółkę, z którą od roku jest prawie nierozłączna, i zdarzyło się to pierwszy raz, to może to jednak nie wejdzie jej w krew, ale pozostanie jednorazowym incydentem. W przeciwnym razie nie mam pojęcia, co się robi.

Kartka z kalendarza (4)

Czternasty września anno domini 2016.
Świat dopiero co ochłonął po dorocznym lansowaniu się celebrytów i polityków na obchodach 9/11, Legia przerżnęła z Borussią 0-6.
Moja młodsza córka, lat cztery i pół, podczas pikniku jaki zrobiłyśmy sobie w parku po lekcjach, przeczytała na głos pierwszą przyniesioną ze szkoły książeczkę*.
Godzinę później starsza, lat sześć i pół, wyszła z lekcji baletu z listem informującym, że jest gotowa do zdawania pierwszego w życiu egzaminu państwowego w Royal Academy of Dance. Dwie godziny później, po kolacji usiadła do pianina i radośnie odbębniła dwudziestominutowe ćwiczenia zadane jej przez panią dzień wcześniej na pierwszej lekcji gry. Po kąpieli natomiast usiadła na łóżku i przeczytała na głos pierwszą stronę pierwszej w swoim życiu samodzielnie czytanej książki**.
To macierzyństwo wykończy mnie psychicznie. Człowiek nie może się tyle razy wzruszać jednego dnia.

* Ku pamięci sobie zpiszę: „Hide and seek” z serii Oxford Reading Tree.
** Również ku pamięci: „The Children of Noisy Village”, czyli „Dzieci z Bullerbyn”.