Życie w cytatach (56)

Ania, lat prawie dziewięć, oraz Julia, prawie siedem. Przy kolacji.
– Mamo, co to jest kompromis?
– Jak jest kilka osób, conajmniej dwie, i chcą coś zrobić inaczej, i muszą się jakoś dogadać.
– Przykład?
– Jak ja chcę jechać na basen, a wy na plac zabaw z piaskownicą. I jedziemy na plażę. Ja mam wodę, wy macie piasek. To jest kompromis.
– Albo jak jedziesz z ciocią Asią na party, ty chcesz fantę o ciocia Asia colę, i kupujecie wino?

Życie w cytatach (55)

Julia, lat siedem, w samolocie, w drodze powrotnej z wypadu na narty. Smutna, lekko popłakuje. Przytulam.
– Co ci jest Julka? Tęsknisz do babci i dziadka?
– Tak.
– I chciałabyś jeszcze pojeździć na nartach?
– Tak. I jeszcze coś.
– Co kochanie?
– You don’t realise mum*, jakie trudne jest życie, kiedy twoja siostra ma swój telefon a ty nie.

* Nie zdajesz sobie z tego sprawy mamo

Jak żyć? (16)

Kiedy o jedenastej wieczorem, na dwie godziny przed przyjazdem taksówki na lotnisko, pakując walizkę na wypad na narty przymierzasz spodnie narciarskie, które kupiłaś na wyprzedaży we wrześniu. I okazuje się, że wrzesień był pięć kilo temu.

Szczęśliwego Nowego Roku!

Po gwarnych, wesołych, głośnych i w dużym gronie spędzonych świętach, na Sylwestra zatęskniłam za atmosferą rodzinnej intymności i z nikim się nie umawiałam. Zresztą, moje córki rok temu zainfekowane zostały „Miłością w Zakopanem”, i w tym roku nie było innej opcji, niż wieczór przed telewizorem. Zakopane jako centrum wszechświata.
Przygotowania zaczęłam od wypadu do sklepu po niezdrowe przekąski. Załadowałyśmy do wózka dwie pizze, jakieś czipsy, mrożone sajgonki i mince pies, colę, piwo i już, już miało być z głowy, jak sobie dziewczątka przypomniały, że musi być szampan. Szampanów dla dzieci w angielskich sklepach  wedle mojej wiedzy nie ma, więc pojechałyśmy do polskiego sklepu. Tam się skończyły. Do drugiego. Po drodze zakomunikowałam, że jak tam nie będzie, to kupujemy zwykłą lemoniadę gazowaną i nigdzie więcej nie jadę. Na szczęście był. W czterech smakach i sześciu wersjach kolorów opakowania. Wiecie ile to jest kombinacji? A one dwie muszą znaleźć kompromis. A są tak urocze obie, „czy mogłabym prosić, dziękuję, przepraszam, a ten obok?, szczęśliwego nowego roku!”, że wszyscy się uśmiechają i kiwają głowami, nikt nie odważy się kurwą strzelić i opierodlić, więc to trwa. Masakra.
Potem wygnałam na plac zabaw na osiedlu. Angielska zima w pełnym rozkwicie. Poszły w trampkach i wzięły rowery. Kwadrans wytrzymały, jak starsza zaczeła wydzwaniać ze skargami kto, kogo, czym i za co leje. Szlag mnie trafił, kazałam dzwonić wyłącznie jak będzie krew, albo zatrzymanie oddechu. Poza tym mają się sami dogadać. Po godzinie zadzwoniłam, żeby przyszły na obiad. Okazało się, że siedzą u sąsiadki i jedzą zupę. Ja pierdziele! Obiad w domu, a te na żebry poszły.
Wieczorem przygotowałyśmy bufet, włączyłyśmy telewizję, odpaliłyśmy światła disco na sufit, podmalowałyśmy oko i potem było już z górki. Awanturka, że pizza jest z ananasem, że sajgonki z krewtkami, ona sobie idzie zrobić kanpkę bo tu nie ma co jeść, że za głośno, za cicho, że źle śpiewasz, nie zansz słów, że dlaczego to jest po włosku, gdzie są napisy, żeby widzowie mogli śpiewać, nie umiesz tańczyć, ja z tobą nie tańczę, kiedy wreszcie będzie ten szampan, mamo idę do toalety, daj pauzę, ile tam jest ludzi?, dlaczego my tam będziemy za trzy dni a nie jesteśmy tam dziś?, Ania nie zasypiaj, mamo ona śpi, NIE, NIE JESTEM ZMĘCZONA, TYLKO MI ISĘ OCZY SPOCIŁY… Dotrwałam do jedenastej wieczorem, dziekując losowi za tę godzinę różnicy w czasie między krajami, bo za godzinę już bym je pozabijała. Otwarłam szampana, wzniosłam toast, złożyłam życzenia, kazałam umyć zęby i isć spać. Posprzątałam bufet, rozłożyłam sofę, położyłam się w pościeli, popykałam po kanałach, obejrzałam relację z fajerwerków z Londynu, bo jak fajerwerów nie uznaję, tak te sylwestrowe z Londynu robią na mnie wrażenie. Kiedyś sobie je pojadę na żywo zobaczyć. W końcu zasnęłam.
O pierwszej przyszła młodsza, z poduszką pod jedną i kołdrą pod drugą pachą. Nie może spać, bo jej firanka ma duże oczy, które się na nia gapią i ona się boi. Wgramoliła się, umościła, zasnęła. O drugiej przyszła starsza, nic nie przyniosła, tylko pretensje, że skoro młodsza może, to jej też się należy. Wgramoliła się miedzy nas. W trójkę na rozkładanej sofie w salonie, a na górze dwie puste sypialnie. Cudo.
O siódmej zbudziło mnie ciśnienie w pęcherzu. Dwie obce nogi wplątane były w moje pod kołdrą. Trzecia obejmowała mnie w pasie od tyłu, czwarta wbijała kolano w lędźwia. Lepkie rączki w ilości niepoliczalnej otulały mi szyję, ramiona i wbjaly łokcie w cycki. Do prawego ucha pochrapywała młodsza, bo się przeziębiła i rzęzi, do lewej dziurki od nosa starsza wziewnie doprowadzała mnie do wniosku, że eksperyment z odstawieniem mleka sojowego i podaniem jej krowiego muszę uznać za nieudany, bo ma znowu zajęte zatoki, gardło i nos flegmą o zapachu mało wysublimowanym.
Chwilę spędziłam na kalkulacji co mi się bardziej nie opłaca: wyplątać się i pójść do toalety, ale wtedy się zbudzą przedwcześnie i będą marudne, czy zostać tak w bezruchu ile wytrzymam i spędzić dwa dni z bolesną infekcją dróg moczowych.
Nie zdążyłam dojść do żadnej konkluzji, kiedy młodsza wzdrygnęła sie przez sen, otwarła oczy, zobaczyła mnie, przytuliła mocniej.
– Kocham się mamo –  wymamrotała i zasnęła.
I tego wam życzę. Żebyście codziennie mieli komu mówić „kocham”.
Nawet jeśli to tylko syndrom sztokholmski.

Jak żyć? (15)

Kiedy do przebwającej poza domem ośmio i półletniej córki piszesz sms o teści: „Kochanie jakie masz hasło do laptopa, bo mój padł a muszę szybko skorzystać” i w odpowiedzi dostajesz hasło i nazwę profilu awaryjnego, stworzonego specjalnie na taką okazję, żebyś nie musiała się logować do jej profilu.

Bilans 2018

Kilogramów: do września -15, potem +5, fack!
Zmian koloru włosów: dwie, na blond i powrót do naturalnego, puszka Pandory, nie ruszać
Pobytów w szpitalu: jeden, planowy, bez komplikacji
Stan zdrowia: idealny
Nowe hobby: bieganie, zarzucone we wrześniu, czeka na powrót do łask
Stare hobby: pływanie, do września kilometr poniżej 30 minut, od września nic, wstyd
Nowy projekt: działka, realizacja na pół gwizdka, poprawić
Kamieni milowych: jeden, ale taki, że sama nie wierzę, że się odważyłam, tu szacun dla mnie
Spraw zawalonych: jedna, siedzi z tyłu głowy codziennie, przeszkadza
Facetów na stałe: zero, tak trzymać
Facetów na seks: niewystarczająco, poprawić
Remontów: zero (chyba, że wieszanie półek na ścianie to remont?)
Nowych mebli: dwia regały na książki w pokojach dzieci, niewiarygodne, tylko tyle?
Przeczytanych książek: mało, za mało
Wyjazdów na narty: dwa
Wyjazdów do ciepłych krajów: jeden
Wyjazdów w góry: wielkie, dramatyczne, rozpaczliwe zero (Dartmoor i Exmoor to nie góry, wyjazd na camping to nie wyjazd w góry, żeby było jasne)
Zwiedzania zupełnie nowych miejsc: jedno, za mało, za blisko, poprawić
Pokazanie dzieciom nowych dla nich miejsc: między pięć a dziesięć, zależnie od metodyki liczenia, tu dobrze
Wyjść do teatrów: średnio raz na półtora miesiąca, nieźle, ale niedosyt, bo większość to sztuki dla dzieci
Nowych seriali: zero (nie miałam Netflixa w tym roku), nigdy nie nie wciągnęło, chyba już umrę bez znajomości Gry o tron i House of Cards
Starych seriali: zero (patrz wyżej)
Zmian samochodów:  jedna, nieplanowana, przypadkowo na lepszy, tak wyszło
Płynność finansowa: mamy co jeść, odsetki na kartach spłacam w terminie, kwoty zadłużenia utrzymują stały poziom, czyli jakby nienajlepiej
Stan szafy: dużo poniżej strefy komfortu, Lidl  na codzień, Matalan i Primark od święta, robienie dobrej miny do tej złej gry staje się coraz trudniejsze, poprawić

O czymś zapomniałam?

Jak żyć? (14)

Kiedy twoje ledwie dukające po polsku dzieci, z którymi masz układ, że kiedy piłują polskie czytanki na sofie, ty poprawiasz wszystkie pomyłki w „szcz” „dż” i „dź” jadąc obok na rowerku stacjonarnym, przypominają sobie trzydziestego grudnia po przebudzeniu, że miały cel skończyć czytać stu sześćdziesięciostronicowy Elementarz Falskiego do końca tego roku, a są na stronie sto piętnastej.
60 km, 900 kcal przed śnaidaniem. Doszły do strony sto trzydziestej. Do końca roku skończą.

Jak żyć? (13)

Kiedy masz wydać poświąteczny obiad dla kilku osób, a tymczasem dopada cię jeden z dni, kiedy leżysz na sofie, patrzysz w sufit i chce ci się wyć. Nie masz ku temu żadnego powodu oczywiście, poza peselem, który płata ci figle w postaci huśtawki hormonów, a co za tym idzie nastroju. Pomimo, że obiad jest tak przygotowany, że zrobi się w piekarniku sam, a dom wystarczy z lekka ogarnąć, to w zasadzie już zdecydowałaś, że odwołujesz.
I wtedy twoje dzieci, lat prawie dziewięć i prawie siedem, bez słowa wyciągają ze schowka odkurzacz, odkurzają wszystkie pomieszczenia, łacznie z łazienką i toaletą oraz schody, czyszczą umywalki, segregują i nastawiają pranie, nakrywają do stołu uroczyście ze świecami, serwetkami w rulonach, kieliszkami dla dorosłych i szklankami dla dzieci i zakładają swoje najlepsze sukienki.

Naga prawda

Boże Narodzenie. Ósma rano. Do pościeli gramoli mi się moja młodsza, prawie siedmioletnia potomna. Przytula się, wierci, mości.
– Mamo – zaczyna w końcu. – Czy to prawda, że to ty robisz prezenty pod choinkę? Bo Oscar mówi, ze nie ma Mikołaja i że widział jak jego mama robiła te prezenty.
Cóż. Prawie siedem lat. Pytała już co to inflacja i prezerwatywa, to i o to musiała w końcu zapytać.
– A w co byś chciała wierzyć? Że Mikołaj, czy że ja? – zaczęłam niepewnie, na żywioł, jak każdy rodzic, który wiedział, że to nastąpi i kompletnie się nie przygotował.
– Mikołaj – odpowiedziała bez wahania.
– No, to masz odpowiedź. Wierzysz, że Mikołaj, to Mikołaj.
– Mamo. Prawdę mi powiedz – spojrzała najokrąglejszymi oczami na świecie.
Otuliłam kołdrą, objęłam.
– Dawno temu na świecie żył prawdziwy Mikołaj. Był bardzo dobry i kochał ludzi i chciał sprawiać radość wszystkim. Przebierał się w swój strój, żeby nikt go nie poznał, brał worek z prezentami i po kryjomu podrzucał je ludziom. Głownie biedym, którzy tego potrzebowali, zwłaszcza dzieciom. Dał ludziom tyle szczęścia i radości, że nazwano go świętym. I dziś, na jego pamiątkę ludzie robią sobie prezenty pod choinkę nawzajem.
– To Mikołaj już nie żyje? – zapytała szlochając szczerze.
– Ależ żyje! – ryczałam już z nią. – W naszych sercach żyje! My robimy te prezenty, ale to on nam podpowiada co komu sprawi radość.
Przez chwilę płakałyśmy obie, przytulone.
– To elfy też nie żyją? – zaczęła kojarzyć.
– Można powiedzieć, że to my jesteśmy elfami, bo pomagamy Mikołajowi. Prezenty są dzieki niemu, a my mu tylko pomagamy.
Następnie nastąpiła seria pytań technicznych. O to, że ja wiem co jest w każdej paczce, skoro to kupiłam i pakowałam. O to, że wiem nawet co jest w mojej. Że to ja zabieram te listy do Mikołaja pozostawione w nocy. I gdzie ja to schowałam? Skąd wzięłam papier do pakowania?
Zasłona dymna opadała, król stawał się coraz bardziej nagi, a dziecko coraz bardziej smutne.
– Kochanie – zaczęłam szukać pozytywu, – ale dobra wiadomość jest taka, że skoro już o tym wiesz, to teraz Mikołaj będzie żył również w twoim serduszku i za rok będziesz mogła zrobić prezent dla mnie i dla Ani…
– Ania! – Zakrzyknęła nagle potomna moja przypomniawszy sobie o istnieniu swojej siostry, śpiącej jeszcze na górze, która zapewne lada chwila zbudzi się, przybiegnie w piżamie i zacznie się magiczny moment rozpakowywania prezentów spod choinki. – Mamo, Ania nic nie wie. Nie możemy jej powiedzieć, żeby nie była smutna. Musimy trzymać tajemnicę! Koniecznie! – układała plan zaaferowana.
– Jesteś bardzo dobrą siostrą. Troszczysz się o Anię – powiedziałam wzruszona.
Jej rodzona siostra, w trosce o nią zaproponowała dokładnie to samo, kiedy się dowiedziała. I trzyma tajemnicę.
Od trzech lat.