Kartka z kalendarza (12)

Osiemnasty października anno domini 2017.
Dzień jak co dzień, mam nadzieję, bo pewności nie mam, gdyż od czterech dni będąc na wyjeździe z okazji ferii szkolnych, zajęta leniwym przemieszczaniem się między plażą, basenem, sauną i stołówką, czasem wstępując do pokoju hotelowego celem zregenerowania sił metodą snu nocnego, nie zaprzątam sobie głowy internetami i wiadomości ze świata są mi obce.
Jednakże odnotować należy, że dnia dzisiejszego córka ma pierworodna, lat siedem i pół o imieniu Anna, stała się kobietą. Po czterech dniach patrzenia z pogardą na młodszą siostrę trwoniącą swoje kieszonkowe przy każdej napotkanej budce z lodami, córka pierworodna weszła do butiku na highstreet w Lloret de Mar i wydała wszystko czym dysponowała na te wakacje, co do ostatniego centa, na złotą torebkę Chanel*.

* Chanel z Chin, żeby było jasne.

Kartka z kalendarza (11)

Dwudziesty czwarty września anno domini 2017.
„Sztuka kochania” nie wygrała festiwalu w Gdyni, Angela Merkel wygrała wybory w Niemczech. Reszta świata bez zmian. Nie wiadomo czy bardziej bać się Kim’a czy Putina, nie wiadomo, czy mówić na głos, co się myśli o Trump’ie. Dzień jak codzień. Nuda.
Tymczasem dziecię me drugie i ostatnie, lat pięć i pół, dorobiło się pierwszego w życiu odcisku na dłoni, powstałego na skutek zwisania i fikania na drabinkach w parku. Oficjalnie uznać więc należy, że definitywnie i nieodwołalnie, dzieciństwo ma szczęśliwe i basta.

Wyznanie

Od pięciu lat jestem singielką. Z wyboru, z przekonania, z powołania. Jedyną, ale za to dużą trudnością do pokonania w tym stanie rzeczy jest przekonanie otoczenia, że to nie dobra mina do złej gry, ale naprawdę lubię być sama, tak mi jest lepiej, wygodniej i jestem z tym szczęśliwa. Zajęło to kilka lat, żeby znajomi przestali mnie mniej lub bardziej subtelnie swatać, oraz żeby płeć mniej piękna odczytywała prawidłowo moje sygnały, jasno oznaczające, że nie mam najmniejszej ochoty ani na randkę, ani na wspólny wsad do pralki. Ale w końcu się udało i już od dawna jestem wolna od wszelkich damsko-męskich sytuacji.
Znalazł się jednak jeden mężczyzna, który był ponad to, który nie zważając na konwenanse, instynktownie i niespodziewanie przeniósł naszą przyjacielską acz płytką dotychczas relację na najwyższy stopień intymności, którego dane było zaznać niewielu.
– Patrz, to jest liść w kształcie serca. To dla ciebie – powiedział dziś do mnie, kiedy spędzaliśmy wspólnie leniwe, słoneczne, złoto-jesienne przedpołudnie w parku.
– Naprawdę, dla mnie? Dziękuję ci. Jestem wzruszona – odpowiedziałam.
– Ja porafię wszystko zrobić dla ciebie, nawet dużą kupę, bo mi się chce.
Filip, lat trzy.
Deklarację spełnił. Solidnie i starannie, pięć minut później, w pobliskiej toalecie.

Wnuczka prawdę ci powie

„O, jak ci dobrze, twoja mama przyjedzie. Będziesz mieć ugotowane i posprzątane, odpoczniesz sobie” – usłyszałam jakieś szesnaście razy u progu tegorocznych wakacji. Nie wiem doprawdy, skąd ludzie biorą takich rodziców, że mają okna pomyte, dywany wyprane i ciasto na stole, a do tego przypilnowane dzieci.
Moi są 70+ i nie po to do mnie lecą, żeby siedzieć w domu i mi sprzątać. Jakby im w ogóle przyszło kiedykolwiek do głowy, żeby coś sprzątać, to domniemywam, że zaczęliby od własnego domu raczej. Gotować też ani myślą. Babci rozrusznik serca nie jest kompatybilny z moją kuchenką, a Dziadka umiejętności z całą resztą kuchni. Każdej zresztą.
Za to buty przywieźli górskie, wygrzebali mi z biblioteczki przewodniki i mapy pobliskiego parku narodowego i dawaj zwiedzać. Niewiele tym razem, bo padało dużo. Ale rezerwat ptaków, wąwóz, wodospad, jeden szczyt, dwa zamki, muzeum, plaża. Także w charakterze publiczności place zabaw, basen i klub wspinaczkowy. Spacery do portu nad rzeką i do katedry to na rozgrzewkę przed śniadaniem.
A że w przerwach między transportowaniem ich na te wojaże a znoszeniem ton prowiantu do chałupy i przetwarzaniem go na posiłki, musiałam codziennie wpaść do pracy, żeby przynajmniej na paliwo zarobić, to i wnuczkami się zdążyli trochę nacieszyć. Babcia zwyczajem sowim sznupała po biblioteczce wynajdując książki do czytania lub gry planszowe, Dziadek zaś improwizował bez pomocy naukowych i odpytywał dzieci z zakresu matematyki, uparcie przekomarzając się i przeprowadzając dowody na papierze, że mianowicie jeden i siedem to siedemnaście, z dwa razy siedem to siedemdziesiąt siedem, z czego potomne moje, niepohamowanie się chichrały.
Po dwóch tygodniach tej sielanki nastąpił wieczorek pożegnalny, podczas którego potomne popisywały się śpiewem, tańcem i recytacją, a ja serwowałam napoje. Ukoronowaniem wieczoru była atrakcja przygotowana przez młodszą moją potomną, Julię, lat pięć i pół.
– To są magiczne kamienie – powiedziała kładąc przed nami pudełko po pralinkach, wypełnione we wgłębieniach różnej wielkości kamieniami, mieniącymi sie ferią barw, za sprawą lakierów do paznokci. – Każdy musi wybrać jeden kamień i potrzymać, a ja powiem, jaką moc macie. Dziadek, ty pierwszy – poinstruowała.
Dziadek długo sie zastanawiał, w końcu wybrał. Z pełną powagą podniósł, zacisnał w dłoni, potrzymał, odłożył.
– Teraz masz taką moc, że będziesz wszystko umiał. Bo ty nic nie umiesz, nawet liczyć – zakomunikowała majestatycznie.
Dziadek, lat 70+. Emerytowany nauczyciel akademicki. Czterdzieści lat pracy dydaktycznej ze studentami. Kierunek fizyka. A liczyć nie umie.

Życie w cytatach (29)

Julia, lat pięć i pół. Podczas wycieczki w lesie.
– Mamo, to jest prezent dla ciebie. To jest magiczny patyk.
– Dziękuję. A jaką ma moc ten patyk?
– Zebierze cię w każde miejsce, jakie sobie zamarzysz.
– A jak on to robi?
– Musisz pomyśleć sobie takie miejsce, musisz wziąć ten patyk do auta i tam pojechać.

Życie w cytatach (27)

Julia, pięć i pół roku.
– Mamo, to było soo funny*. Te chłopcy na nas krzyczyli i krzyczyli, a ja powiedziałam, żeby oni turn around**, i oni turn aroundowali się, i tam były nasze friends boys***, które są duże bardziej than**** oni, i oni przestraszyli i uciekli.

* bardzo śmieszne
** obrócić się
*** koledzy chłopcy
**** niż

Konsekwencje

– Mamo, ja nie chcę iść dziś na balet – powiedziała niedawno moja młodsza córka, lat pięć. Oznajmiła to nie odwywając wzroku od Minecrafta na telewizorze i nie zwalniając zawrotnego tempa obsługi kontrolera swymi pięcioletnimi kończynami górnymi.
„Jasne, nie chce ci się dupy ruszyć i gry przerywać” – pomyślałam stojąc z kawą w drzwiach na taras i patrząc co mi tam dziś nowego zakwitło na rabacie. Wzięłam porządny wdech.
– Juleczko – zaczęłam, – pamiętasz, jak rozmawiałyśmy o tym, że jeśli się zdecyduje na coś chodzić, to trzeba nie opuszczać, bo jeśli się opuszcza, to się nie robi postępu, i wtedy to jest strata czasu, bo przecież chodzi o to, żeby się starać być coraz lepszym? – Wyłożyłam krótko i zwięźle. – To się nazywa systemetyczność i konsekwencja – dodałam, całkowicie już po bandzie, bo tych słów pięciolatka której język polski jest językiem drugim, używanym mniej, w ogóle nie zarejestruje.
– To ja już nie chcę chodzić na balet wcale – powiedziała czym prędzej, zanim doszłam do konkluzji, że na wszystko jest czas, teraz na balet, na xbox’a potem.
– Naprawdę? Dobrze, to nie będziesz chodzić wcale. Twoja wola. Wyłącz proszę grę, pójdziemy na zajęcia, gdzie podziękujesz pani za trzy lata nauki i powiesz, że więcej nie będziesz chodzić, bo zmieniłaś zdanie.
– A dlaczego tak? – oderwała wreszcie wzrok od gry, przestała klikać palcami w klawisze i spojrzała na mnie. Powoli docierało do niej, że ma naprawdę zrezygnować z baletu, na który chodzi od lat i go uwielbia.
– Bo tak wypada – powiedziałam. – Tak się to załatwia, jak się odchodzi z zajęć, na które się chodziło tyle lat – dodałam, a w głowie zaświtało mi, żeby dowalić, że po drodze kupimy kartkę z podziękowaniami i kwiaty, ale powstrzymałam się i nie dobiłam jej, bo jej oczy były już wystarczająco okrągłe i szkliste.
– I już potem nie pójdę nigdy więcej? – Zapytała głosem prawie złamanym.
– Nigdy więcej – byłam okrutna.
– A nie, to ja chcę chodzić.  Ja lubię.
Wyłączyła grę, wzięła torbę ze strojem i pjechałyśmy. Kiedy weszła do szatni i zobaczyła koleżanki, przebrała się i po temacie rezygnacji z baletu nie było śladu.
Wykład o systemetyczności i konsekwencji nie poszedł jednak w zapomnienie. Przywalił mi rykoszetem z nienacka dziś o piętnastej z minutami. Odebrałam dzieci ze szkoły i w drodze do domu zaproponowałam młodszej córce:
– Juleczko, a może byś dziś raz jeden nie poszła na zbiórkę Rainbows*, bo w tym czasie jest pierwszy mecz Radwańskiej na Wimbledonie, i bardzo mi zależy, żeby go obejrzeć. Możemy zresztą obejrzeć razem. Co ty na to?
– Nie. Rainbows – odpowiedziała krótko i konkretnie.
– Ale Jula, bardzo cię proszę. Wszędzie cię zawsze wożę. Ten jeden raz. Zależy mi.
– Mamo, trzeba być sysempaczycznym i mieć konsefencje – oznajmiła i tym samym zakończyła dyskusję.
Na Rainbows zawiozłam. W brodę pluję sobie do teraz.

* odpwiednikpolskich Zuchów, dla dziewczynek

Katrka z kalendarza (9)

Dziesiąty czerwca anno domoni 2017.
Na Wyspach Teresa May właśnie przegrała wybory, które wygrała.
W Polsce pełna mobilizacja dachu Stadionu Narodowego przed meczem z Rumunią.
Wszystko to mało istotne jednak, bo oto dnia dziesiejszego dziecię me młodsze, lat pięć o imieniu Julia, pojechało na swą pierwszą całodzienną autokarową wycieczkę. Pojechała, wyszalała się, zjadła prowiant, wróciła. Nie zarzygała autokaru. Niby nic, ale odnotować trzeba.

Życie w cytatach (26)

Szpital, sala pooeracyjna. Matka singielka w trakcie wybudzania ze znieczulenia po laparoskopowym usunięciu zużytych elementów wyposażenia wewnętrznego w części korpusa.
Lekarz: Wiesz gdzie jesteś?
Matka singielka: Tak.
Lekarz: Wiesz kim jestem?
Matka singielka: Tak.
Lekarz: Jak się czujesz?
Matka singielka: Głodna.
Kurtyna.