Gacie

Wrong Trousers Day ogłosili nam w szkole na piątek. Czyli góra od mundurka, ale zamiast kiecy można przyjść w śmiesznych spodniach. Sugeruje się spodnie od piżamy, bo przeważnie kolorowe są albo coś. Każdy, kto przyjdzie przebrany, wpłaca funta na szpital dla dzieci. Taka akcja charytatywna.
Ale dziecię me pokręciło nosem, że piżama nie. Miała rację, bo akurat wszystkie sprane jakieś i nieciekawe. Przeleciałam się więc przy okazji zakupów po sklepach ze szmatami w dzielnicy i stwierdziwszy, że nie ma nic, co się nadaje, pogodziłam się z myślą, że w czwartek, który akurat był dniem wyjątkowo wolnym od szkoły, wybierzemy się w pełnym składzie, tzn. czterolatka, sześciolatka i ja, na wyprawę do centrum po gacie.
Wiadomo, że wstałam w czwartek i mi się nie chciało, więc żeby odwlec sprawę zabrałam się za prasowanie. I nagle mnie olśniło. Zanurkowałam do schowka i wygrzebałam resztki kolorowych folii tzw. flex, które się przyprasowuje do tkamin, a które zostały mi sprzed lat kilku, kiedy zanim zostałam matką Polką na kilkuletnim zasiłku chorobowym, byłam matką Polką small on-line business woman i sprzedawałam chałupniczo ręcznie robione torby na zakupy z wzorami na zamówienie.
– Aniu, chodź tu do mnie proszę – zawołałam a dziecię z niezrozumiałego powodu od razu przybiegło z dołu. – Tu są twoje stare leginsy, tu jest folia. Powycinaj z niej co tylko chcesz, poukładaj na leginsach a ja ci przyprasuję i bedziesz miała na jutro oryginalne, samodzielne zprojektowane spodnie! Co ty na to? – zapytałam lekko niepewna, czy chwyci.
– Jeeej! Suuuper! – zawołało dziecię i zajęło się projektem.
Zanim skończyłam prasować dostarczyła mi wszystko gotowe, przyprasowałam, i mogłam szczęśliwie spędzić dzień na układaniu w ogródku nikomu nie potrzebnej, bo przebiegającej pod trampoliną kamiennej ścieżki, gdy tymczasem dzieci moje mogły oddać się uprawianiu najnowszego odkrycia amerykańskich uczonych, czyli produktywnej nudzie.
Swoją drogą, cała ta globalizacja do kitu, skoro w dwudziestym pierwszym wieku amerykańscy uczeni odkrywają, że dzieci pozostawione same sobie w swoim naturalnym środowisku bez zbędnej nadmiernej stymulacji zewnętrznej ze strony dorosłych, zaczną z nudów organizować sobie czas, co rozwinie ich kreatywność, samodzielność i ustali pozycję w grupie rówieśniczej, gdy tymczasem każdy obecny polski czterdziestolatek już cztery dekady temu spędzał codziennie zajebiście sześć godzin na zabawie patykami przy trzepaku.
W piątek trochę żałowałam, bo te leginsy jednak sprane i wypłowiałe, te powycinane przez dziecię kształty to jak ścinki i resztki raczej niż jak wzór, i ogólnie wsytd i bieda. No, ale było za późno, więc robiłam dobrą minę i oddałam dziecię do placówki jak stało.
Odebrałam sześć godzin później. Wybiegła do mnie szcześliwa i podekscytowana, ponieważ wraz z kolegą z klasy wygrali ex aequo konkurs na najfajniejsze spodnie, gdyż jako jedyni sami je wykonali.
No i jak ja mam uczyć dziecko, że praca, nauka, ambicja, konsekwencja, jak właśnie ze smakiem pożarłyśmy batonik, wygrany w konkursie przez lenistwo i przypadek.

Życie w cytatach (23)

Ania, lat sześć oraz Julia, lat cztery.

J: Jeeej! Mama upieczeła ciasteczka. Chodźmy weźmieć jedno.
A: Nie, najpierw będziemy je dekorejtować.

A: Moje sunflowers co ja plantowałam to je ślimaki zjadły. I mama kupiła nowe seeds i będziemy plantować w doniczkach.
J: Ale ślimaki wiom jak climbować na doniczkę.

Konsekwencja

Pojęcie, które przez cztery dekady mojego osobistego CV leżało nietknięte razem z ambijcą i samodyscypliną w szufladce z napisem „abstrakcja”. Ale do czasu. Bo otóż porodziłam potomne moje i odkryłam, że konsekwencja to wspólny mianownik wszelkich podręczników o wychowywaniu potomstwa. Nie, żebym jakikolwiek kiedykolwiek przeczytała, ale wymyślić samemu nietrudno.
A że od innych łatwiej wymagać niż od siebie, to konsekwencja wobec dzieci idzie mi całkiem dobrze. Kary na przykład są u mnie nieuniknione. Dlatego rzadko muszę je wdrażać, zazwyczaj wystarczy, że postraszę. Żeby było sprawiedliwie, jak coś obiecam, to też dotrzymuję. Dlatego bardzo uważam co obiecuję. Zazwyczaj to są małe rzeczy, na przykład pójście do sklepu z miśkami, które się samemu na miejscu robi, kiedy tylko dziecko z kieszonkowego na tegoż miśka uzbiera.
Kiedy natomiast mam obiecać coś trudnego w realizacji, dobrze się zastanawiam, czy będę w stanie spełnić. Tak też było ostanio. Zastanawiałam się kilka miesięcy kiedy będę mogła kupić dzieciom łóżko piętrowe, o którym marzą, a które i tak dla nich planuję, żeby się im w pokoju w przyszłości biurka zmieśiły.
– Wiecie co, obiecuję, że kupię łóżko piętrowe jak tylko przestaniecie w nocy przychodzić do mnie i spać ze mną, bo schodzenie z łóżka piętrowego przez sen jest niebezpieczne. Co wy na to, umowa stoi? – powiedziałam w końcu i zakładając, że przychodzić nie przestaną oraz sądząc po tym, jak długo starsza będzie się jeszcze mieścić w swoim dotychczasowym łóżku, uznałam, że mam spokojnie rok czasu.
Miałam tydzień.
I tak żelazna konsekwencja puściła mnie z torbami.

Basen

Chodzimy na basen, na półgodzinne lekcje raz w tygodniu. Od póltora roku chodzimy. Tydzień w tydzień. Siedzę ja co tydzień godzinę na zydelku pod ścianą i oglądam, jak jedna i druga po kolei pluskają się w wodzie. Pluskają, skaczą, zanurzają, bawią jakimiś zabawkami, deskami, piłkami, cudami. Czasem machają rękoma, czasem nogami, jakieś wdechy wydechy ćwiczą. I nic. Półtora roku, a pływania to dalej nie przypomina.
W zasadzie ufam ludziom, którzy się czymś zajmują zawodowo. Lekarzom, nauczycielom, trenerom; zakładam że wiedzą co robią i się w ich robotę nie wtrącam. Zazwyczaj bardzo dobrze na tym wychodzę. No, ale serio, półtora roku moczą dzieciny te dupki w chlorze, i nie zanosi się, że kiedyś popłyną.
Aż tu wczoraj. Siedzę, nudzę się, pocę, bo tam gorąco a ja w ubraniu. Pod koniec lekcji dzieci ustawiają się w rządku i podekscytowane gęsiego drepczą za trenerem w kierunku głębokiej niecki. Aż wstałam z zydelka zaciekawiona, co będzie. Podświadomie czułam, że oto właśnie jeden z tych momentów w byciu rodzicem, który zapamiętuje się na zawsze. Nie pomyliłam się.
Trener coś mówił, oczywiście nie słyszałam co, po czym patrzę, i oczom nie wierzę. Wskakuje to dziecię moje z uśmiechem do głębokiej wody i jakby nigdy nic płynie karulem. Serio. Płynie kraulem. Nabiera powietrza równo co cztery. Usta zatykam ze zdziwienia otwarte, oczy mokre mam. Pod tym sercem, co mi teraz wali jak oszalałe ją nosiłam, ta piersią karmiłam. Dopiero co wczoraj to było. A ona sobie dziś w głębokim basenie kraulem płynie.
W połowie basenu się zatrzymała. Płynęłaby dalej, ale trener kazał do połowy. Coś tam do niej znów powiedział, i zaczęła wracać na plecach. Nie mogłam ochłonąć. Ja na plecach nie potrafię! Ona tak!
W połowie drogi za mocno zamachnęła ręką i straciła równowagę, obróciło ją na brzuch i zaraz potem zniknęła pod wodą.
Jezusmaria! Tam jest głęboko! chciałam się rwać do tratowania barierek i ludzi po drodze i rzucania się jej na ratunek, a ten jej trener cholera stał spokojnie i gapił się w wodę, gdzie zniknęła.
Nagle pojawiła się. Jest! Jej głowa nad powierzchnią! Bogu dzięki! Trener stał niewzwuszony, tylko do niej mówił. Wyrównała oddech. Nie dotykając dna ani brzegu, sama przewróciła się na plecy. Nabrała prędkości machając nogami, dołączyła do tego ręce i dopłynęła do końca.
– Excellent Anna! Well done!* – wołał trener na cały głos.
Miałam ochotę wzbić się w powietrze w tej ogromnej hali, i krzyczeć do wszystkich: „Widzieliście to? Widzieliście?! Moje maleńkie trzykilogramowe stworzonko, które kiedyś tyle godzin nie mogło się wydostać samodzielnie na ten świat, które w końcu sine i owinięte pępowiną wokół szyi, wyszarpali ze mnie kleszczami, ma dziś szesć lat i patrzcie wszyscy jaka jest dzielna! Jak sama poradziła sobie i sama wyszła z takiej opresji!”
Opadłam na zydelek wycieńczona z emocji. To macierzyństwo wykańcza mnie psychicznie.

* Doskonele Aniu! Dobra robota!

Kartka z kalendarza (2)

Pierwszy maja anno domini 2016. Międzynarodowe Święto Pracy. Dla polskich obecnych czterdziestolatków dzień wspominania z łezką w oku uroczystych pochodów, białych koszul z aksamitką pod szyją, z kokardami na kucykach tego dnia uczesanych staranniej niż zwykle, wzorowych uczniów idących w pierwszym rzędzie, słońca, podniosłej atmosfery, lub wzdychania, że się tego dnia nie było wypuszczanym z domu bo pochód to zło, i trzeba czekać miesiąc do Bożego Ciała, żeby mieć tę radość wspólnego celebrowania. Tego dnia zawsze myślę, że to takie dziwne, że człowiek nie może przekazać dzieciom swoich wspomnień, że trzeba budować młodym istotom ich własne momenty, które będą ze wzruszeniem pielęgnować w pamięci, i że będą to bez wątpienia zupełnie inne chwile, niż przypuszczamy.
Dziś poraz pierwszy z moimi córkami, lat cztery i sześć, wyszłyśmy z domu na przejażdżkę. Nie, że one na hulajnogach a ja jogging z uporczywym powtarzaniem „wzięłaś hulajnogę to jedź, nie będę jej niosła”. Nie, że one na rowerach, a ja z paczką plastrów za nimi spacerkiem, bo jeżdżenie idzie im jak krew z nosa i przerwacają się pomimo bocznych kółek. Albo wreszcie nie, że ja na moim rowerze a one obie w przyczepce, żeby gdzieś dojechać konkretnie i zrobić piknik, a nie wracać do domu po kwadransie w jękach i bólach. Nie, nie. Dziś poraz pierwszy w naszej wspólnej historii wyszłyśmy się przejechać, jakby nigdy nic, każda na swoim pojeździe. One na hulajnogach, ja na moim rowerze. Pierwszy raz w rozsądnym tempie i bez wpadków dojechałyśmy do placu zabaw, posiedziałyśmy i wróciłyśmy. Każda swoim pojazdem.
Dzieci uczą cierpliwości jednak. Sześć lat na to czekałam.

Życie w cytatach (20)

Julia, lat cztery.

– Ania, put the lyżki in the zlewy.

– Mamo, możesz lukafterować moja mała baby doll kiedy ja będę być w szkole?

– Mamo, zjadłam wszystko z talerza, teraz mogę mieć ciasteczkis?

Kartka z kalendarza (1)

Dwudziesty pierwszy kwietnia anno domini 2016.
Królowa Elżbieta II obchodzi dziewięćdziesiątą rocznicę urodzin. Książę Karol obchodzi się smakiem, gdyż nie zdążył zasiąść na tronie przed emeryturą i dalej się nie zanosi. Książę William zadowolony, bo mu się wcale do tej roboty nie śpieszy. Książę Harry jak zwykle ma wszystko w tyle. Pałac świętuje, naród fetuje.
I nie, żebym była antyrojalistką. Nie, nie. Przecież sama osobiście, będąc zdrowa na ciele i umyśle, przysięgałam wierność i lojalność miłościwie nam panującej.
No ale są rzeczy ważne i ważniejsze.
Bo oto w dniu dziesiejszym, o godzinie 17.30 czasu lokalnego, córki moje, Anna lat cześć i Julia lat cztery, wyszły poraz pierwszy same pobawić się przed domem.

Życie w cytatach (19)

Julia, lat cztery.
– Mamo, ja uczyłam w szkole wiesz? I have four chocolate bars, when I eat one, how many chocolate bars I have?*
– Trzy.
– Brawo mamo. To było easy peasy lemon squeezy.**
– To było odejmowanie. A znasz dodawanie?
– Nie.
– Jak masz dwa batony, i mama da ci jeszcze dwa, to ile masz batonów?
Liczy na palcach.
– Cztery.
– Brawo kochanie. To jest właśnie dodawanie.
– Dodawanie jest lepsze.

* Kiedy mam cztery batony, i zjem jeden, to ile mam batonów?
** bułka z masłem