Klapa

Internet to zło. Zaiste.
Otóż jak na plebs przystało, urodziny moich dzieci celebrowałam dotychczas w salach zabaw, gdzie się rezerwuje, płaci, dostarcza dziatwę i pijąc kawę z resztą matek obserwuje jak obsługa w postaci wczorajszych studentów dorabiających w weekendy po klubach, nieudolnie stawia czoła temu, co my mamy na codzień. Po dwóch godzinach wraca się do domu i załatwione.
Ale pech jakiś, że córki moje zaprzyjaźniły się w szkole z dziewczynkami z klasy średniej, niższej, ale aspirującej do posh, i urodziny tych dzieci obchodzi się  w domach, gdzie jest do dyspozycji porządny metraż, catering, a w ogrodzie dziećmi dyskretnie zajmuje się  wynajęty animator. No i wiadomo, że i moje tak zapragnęły.
Na pierwszy rzut poszła pięciolatka. Ustaliłyśmy, że przyjęcie będzie w tematyce Psiego Patrolu. Zaproszenia, nadruk na torcie i torebki z prezentami dla gości z Psim Patrolem od razu zakupiłysmy przez internet. Dziecię samo wybierało i bardzo było zadowolone. Menu dla mnie żaden problem też. Ale co robić z pięcioletnimi dziewczynkami przez pierwszą godzinę przyjęcia? Otóż wymyśłiłam, że narysują sobie flamastrami obrazki na papierze transferowym a ja im to przyprasuję do koszulek, albo bawełnianych toreb na zakupy. Zaakceptowała pomysł i podekscytowane czekałyśmy na dzień przyjęcia.
No i na dwa dni przed, szatan jakiś nasłał na mnie drogą fejsbukową reklamę firmy. I spontanicznie zadzwoniłam i zamówiłam wizytę dwóch maskotek z Psiego Patrolu.
Przyjęcie przebiegało zgodnie z planem, mamy piły kawę, dzieci rysowały, ja prasowałam, kiedy nadszedł czas niespodzianki. Zawołałam dziecię, żeby otwarło drzwi…
Na widok ludzkiego wzrostu Skye i Zumy wpadła w panikę i przyleciała się schować za moją kiecą. Przez dwa kawadranse siedziała mi na kolanach i z bezpiecznej odległości oglądała jak reszta dzieci w szale szczęścia przytula się do maskotek, przybija piątki, robi zdjęcia, wygłupia się, śpiewa, jak mamusie zachwycone nie mniej niż dzieci, robią dziesiątki zdjęć, ale sama nie podeszła, nie przybiła piątki, a zdjęcie ma jedno, na którym jest u mnie na rękach.
Maskotki wyszły, podałam posiłek, dzieci podekscytowane jadły komentując super atrakcję.
– Mamo, nie rób mi więcej takich niespodzianek – wyszeptała mi do ucha.
Wieczorem, kiedy przed snem przytulała się do mnie, zapytałam ją, co jej się w urodzinach podobało. Czy to, że były jej najlepsze przyjaciółki, czy tort, a może prezenty – zasugerowałam skrzętnie omijając temat maskotek.
– Bałam się maskotek, bo były za duże. To było the worst party ever* – odpowiedziała i przytuliła się do mnie, a mnie serce pękło.
Pieprzony fejsbuk.

* najgorsze urodziny w życiu

Balon

Jak powszechenie wiadomo, teorii na temat pielęgnacji zębów u dzieci występuje w przyrodzie mrowie a mrowie. Ja osobiście trzymam się jednej, zaczerpniętej nie wiem skąd, że niamowicie Norwegowie twierdzą, że dziecko nie potrafi wyszczotkować dokładnie zębów dopóki nie rozwinie zdolności manualnych do poziomu pozwalającego mu sprawnie umyć stertę naczyń w zlewie, czyli do około dziesiątego roku życia, i dlatego Norwegowie zalecają do tego właśnie wieku szczotkować dzieciom zęby. A że mają oni najzdrowsze zęby w Europie, ponoć, to coś w tym być musi. Toteż radośnie szczotkuję potomnym moim, lat prawie siedem i pięć, zęby przed snem i po przebudzeniu, i niemiłosiernie wnerwiam od lat koleżanki odziecione i mające w CV przygody niejednokrotnie dramatyczne, związane z leczeniem i usuwaniem uzębienia swych pociech, którym mentorsko powtarzam moją tajemnicę zdrowego uzębienia dzieci.
Ale skończyło się rumakowanie. Bo oto dziś z rana zaprowadziłam pierwszy raz dziecię me własnorodne do dentysty w celu załatania trzech maleńkich dziurek. Dziecię uprzedzone, że będzie borowanie i zaklejanie dziur, wyobrażało sobie ten proceder chyba bardziej przyjemnie, niż było w rzeczywistości, więc kilka łez się wylało, ale ogólnie była szalenie dzielna, słuchała pani doktor i poszło w miarę gładko. Na koniec podziękowała grzecznie za naklejkę dla dzielnego pacjenta i zaraz za drzwiami gabinetu oświadczyła, że naklejki to się zbiera za zwykłe sprawdzanie zębów co pół roku, i za to, że są zdrowe, a za takie nieprzyjemne przygody, to się porządna nagroda należy. Przynzałam jej rację, odstawiłam do placówki i obiecałam, że po szkole skoczymy do sklepu po jej upatrzoną od niedawna zabawkę.
Jak obiecałam, tak zrobiłam i po szkole pojechałyśmy. Pęczniałam tam z dumy rodzicielskiej niezmiernie, bo dziecię miało tę zabawkę upatrzoną za drogą, więc lekko zawiedziona, ale ze zrozumieniam wybrała inną. Za to starsza ze zrozumieniem przyjęła do wiadomości, że to jest nagroda dla młodszej za bohaterskie zachowanie u dentysty, a ona jest tu dla towarzystwa i nic dziś nie dostaje.
– Dobrze mamo – powiedziała starsza pompując we mnie dumę matczyną do wypęku. – Ale mamo, pamiętaj, że mi się podobała ten zestaw tutaj. Tak na wszelki wypadek zapamiętaj.
– Kochanie, umiesz liczyć, sprawdź cenę, potem w domu sprawdź, czy masz tyle kieszonkowego, i czy chcesz je na to wydać. Jeśli zdecydujesz, to przyjedziemy, kupisz i zapłacisz sama.
– A mogłabyś może przez jakiś czas nie myć mi zębów? To bym go dostała w nagrodę za dentystę i bym miała kieszonkowe dalej? – Zapytała.
No i zeszło ze mnie jak z balonu.

Kartka z kalendarza (8)

Trzydziesty stycznia anno domini 2017.
W polityce standaryzacja. Amerykanie wybrali Trumpa i nie mogą się nadziwić. Brytyjczycy wybrali Brexit i też nie wierzą. Polacy wybrali PIS i wiadomo. Reszta po staremu. Muzułmanie nie mają nic wspólnego z islamistami, katolicy z pedofilami. Połowa ludzkości umrze z głodu, połowa z otyłości.
Nuda. Nic się nie dzieje niczym w polskim filmie.
I dzień byłby już prawie zmarnowany zupełnie, ale sytuację ratuje nagle dziecię me młodsze, niespełna pięcioletnie, które siedząc ze mną na trybunach basenu miejskiego i obserwując lekcję pływania starszej siostry, zadaje nagle pytanie epokowe.
– Mamo, a jak dzidziusie wchodzą do brzuszka?

Życie w cytatach (25)

Ania, lat sześć i pół. Nie może się doczekać badania wzroku. Jej dwie najbliższe przyjaciółki od niedawna noszą okulary.
– Mamo, a jak będzie wyglądał ten eye test*?
– Pani będzie ci pokazywać z pewnej odległości coraz mniejsze literki, a ty bęziesz je czytać. Im więcej przeczytasz, tym lepiej.
– I wtedy dostanę okulary w nagrodę?
– Nie kochanie. Jak się wszystkie przeczyta, to się ma dobry wzrok i nie trzeba nosić okularów. Okulary się dostaje, jak się ma słaby wzrok.
– To ja nie przeczytam wszystkie.
– Kochanie, nie możesz oszukiwać. Musisz przeczytać dokładnie to, co widzisz. Jeśli będziesz oszukiwać, to dostaniesz okulary do noszenia na zdrowe oczy i wtedy wzrok ci się naprawdę zepsuje.
– O! I wtedy dostanę okulary bez oszukiwania!

* badanie wzroku

Z poradnika Umęczonej Matki Polki – porada XXVI

Jeśli mieszkasz w klimacie z łagodnymi zimami, gdzie przeciętny tubylec przeżywa całe życie nigdy nie widząc śniegu na własne oczy, i jeśli dziecię twoje sześcio i pół letnie uczy się właśnie w szkole o porach roku, a konkretnie o zimie, zanim spontanicznie zproponujesz mu, że przygotujesz dla niego do pokazania całej klasie video z ostatniego wypadu w góry, gdzie jeździ na nartach, sankach, łyżwach, lepi bałwany, robi aniołki i tak dalej, zastanwów się dobrze, czy masz zainstalowany i czy potrafisz obsłużyć program do obróbki filmów, czy też może tylko kiedyś o takim słyszałaś.
W przeciwnym razie spędzisz pół nocy na instalowaniu kolejnych programów, z których żaden nie chce ruszyć na twoim jarym, ale jednak starym komputerze, żeby w końcu znaleźć jeden jedyny, który zadziała, i z oczami na zapałkach nad kubkiem kawy uczyć się jego obsługi, i żeby na rano mieć produkt wątliwej jakości, na którym postać twojego dziecka przez cały film zasłania umieszczony centralnie znak wodny.
Komputer będzie oczywiście zawirusowany dokumentnie.

Życie w cytatach (24)

Julia, lat pięć bez miesiąca.
– Mamo, wiesz, że Miss D* w szkole potrafi liczyć in twos**? Two, four, six, eight, ten, twelve, fourteen, sixteen, eighteen and twenty. Ona naprawdę potrafi, ja słyszałam dzisiaj. Też bym tak chciała umieć.

* Miss D, wychowawczyni
** dwójkami, w sensie, że co dwa, parzyste

Owieczki

Na fali emocji, które targają mą pierwszą ojczyznę od dni kilku w związku z wprowadzaną reformą edukacji, nie mogłam się ustrzec od trafienia na internetowe komantarze. I tak naczytałam się z jednej strony, jak to obecna edukacja produkuje łatwo sterowalne stado baranów i trzeba to zmienić, oraz z drugiej, że wcale tak nie jest, a dopiero po reformie będzie, i co za tym idzie, czy lepsze społeczeństwo owieczek z dobrze wyedukowaną rządzącą elitą, czy może lepsze powszchnie wyedukowane średnio, kiepskie zarówno w rządzeniu jak i w siedzeniu cicho.
Rozstrzygnięcia oczywiście brak, ale coś na rzeczy jest bez wątpienia.
Każdy obecy czterdziestolatek z politowaniem kiwa głową nad obecną maturą, podczas gdy trzy dekady temu tak samo patrzył na niego jego rodzic. Majster na budowie klnie, że młody inżynier nie przeliczy bleki bez aplikacji na telefon. Emerytowany wykładowca płacze wpisując zaliczenia delikwentom nie odróżniającym kilograma od Newtona.
Ale skoro świat pędzi dziś w zawrotnym tempie, czy mozolne ślęczenie nad kaligrafią ma sens? Jeśli w myśl zasady, żeby nie uczyć dzieci tego, czego nas uczono trzy dekady temu, tylko tego, co im będzie potrzebne za trzy dekady, to czego konkretnie uczyć?
Siedziałam tak i dumałam nieśpiesznie dochodząc do banalnego wniosku, że chyba trzeba uczyć podstaw i pokazywać jak mają one zastosowanie w życiu, a jednocześnie rozbudzać ciekawość do poznawania. Że szkoła to nie fabryka, gdzie się robi swoje osiem godzin na zmianie i zapomina o tym wychodząc. Że przeliczanie jednostek w szkole przyda się przy przepisie kulinarnym w domu. Że liczenie pola powierzchni pomaga sprawdzić, kto ma wiekszy pokój. Że kubatura to nic innego, jak ile wody zmieści się w dmuchanym basenie w ogródku. I że te powiązania są ciekawe, i że warto poznawać nowe i trudniejsze przez cały czas. A jakie to będą konkretnie te przyszłe implikacje wiedzy i życia, to sprawa jakby drugorzędna. Czas sam je przyniesie.
Rozmyślania moje przerwała córka moja młodsza, lat prawie pięć. Dzień wcześniej zmieniłam torbę na zakupy na większą, w kolorze czerwonym z niebieską tapicerką. Dziecię me młodsze, które od dawna zdradza zainteresowanie samochodami, odziedziczone stanowczo nie po mnie, bo moja przygoda z motoryzacją ogranicza się do zapamiętania, z której strony mam wlew paliwa, przyniosło mi ze swojego pokoju pracę plastyczną.
Wycięty z papieru kształt samochodu, w kolorze czerwonym z niebieskimi fotelami w środku. Na odwrocie napis: „Julia, mum and Anna” zakończony monstrualnych rozmiarów kropką.
– Bo ja w szkole uczyłam dziś, że na końcu sentence* się robi full stop**. Wiesz mamo? – powiedziała.
No, to już połowa sukcesu. Przyniosła do domu i zastowowała w praktyce. Kropkę.

* zdanie
** kropka

 

 

Kartka z kalendarza (7)

Czternasty stycznia anno domini 2017.
Angielska zima w pełnym rozkwicie. Wieczorem na pólnocy spadł śnieg. Dwa centymetry. Utrzymywał się prawie sześć godzin. Internet zalała fala nocnych zdjęć miniaturowych bałwanów, oraz fala memów naigrywujących się z żywiołowej klęski.
Na południu świeci piękne słońce. Na termometrze w cieniu osiem stopni. W ogródku, obok nieprzerwanie kwitnących od października wrzosów, wschodzą krokusy i żonkile. Przebyśniegi kwitną obficie. Przebijają się przez nie koszoną od jesieni i wybujałą przez zimę do trzydziestu centymetrów trawę.
W piękny ten sobotni leniwy poranek córka moja pierworodna, lat sześć i pół, siadła po śniadaniu do pianina i wyćwiczyła swój pierwszy utwór na dwie ręce. „Jingle Bells”, które przyniosła na kartce z ostatniej lekcji, datowanej na szóstego grudnia ubiegłego roku.
Pasjonatka slow life.

Kartka z kalendarza (6)

Siedemnasty grudnia anno domini 2016. Ósma dwadzieścia rano.
Siedzę ja sobie na kanapie, w dużym pokoju mieszkania, które wynajęłam na tydzień pobytu w rodzinnym moim mieście, ażeby odwiedzić rodzinę i pojeździć na nartach. Zaplatam warkocze starszej córce, lat sześć i pół. Młodsza, lat prawie pięć kręci się po drugim pokoju i coś sobie śpiewa. Okiem jednym kontroluję warkocze, drugim zerkam na kanał informacyjny telewizji narowowej, bo dnia poprzedniego zaczęła się w sejmie awantura, i jej poranny ciąg dalszy mnie ciekawi.
Spiker podaje wiadomości i następnie gładkim głosem przechodzi do komentowania infografiki rzuconej na ekran, przedstawiającej schemat domu mieszkalnego z zaznaczonymi miejscami, gdzie najlepiej ukryć prezenty gwiazdkowe i jak przechytrzyć dzieci, żeby nie znalazły ich za wcześnie.
Z rękami zaplątanymi w misternie dłubane sploty holenderskie nie mam szans chwycić pilota i zmienić kanału na czas.
Dziecię me pierworodne stoi zdruzgotane, z szeroko otwartymi ustami, z zaszklonymi oczami. Odwraca się ze wzrokiem pytającym i nie czekając na odpowiedź pada mi w ramiona.
Cóż, trzydzieści pięć lat i cztery dni później, kolejne pokojenie ma swoją wersję porannej informacji, że Teleranka nie będzie.

Narty

Tegoroczne ferie świąteczne rozpoczęły się tydzień przed Bożym Narodzeniem, a że nie jesteśmy z córkami fankami przedświątecznego pucowania chałupy na błysk, spakowałyśmy walizki i pognałyśmy na lotnisko, gdzie złapałyśmy pekaes ogólnie znienawidzonych a jednak najbardziej obleganych tanich linii lotniczych i już po sześciu godzinach podróży znalazłyśmy się w moim rodzinnym mieście.
Drugi rok z rzędu nasz wypad na narty przebiegł pod hasłem „lepiej być nie może”.
Wynajęte w ciemno mieszkanie dwa bloki od moich rodziców okazało się bardzo przyjemne i czułyśmy się jak w domu. Samochód pożyczył nam mój brat. Mróz trzymał leciuteńko poniżej zera, wiec drogi były czarne a stoki narciarskie idealnie przygotowane. Słońce opalało nam twarze podczas jazdy.
Nowy instruktor przypadł nam do gustu i sprawdził się fantastycznie. Spędzałyśmy na stoku po kilka godzin w różnych konfiguracjach. Jedna się uczyła, dwie lepiły bałwana, albo dwie sie uczyły jedna piła kawę, albo uczyły się wszystkie trzy.
Babcia karmiła nas codziennie z góry na cały następny tydzień, dziadek wpadał wieczorami czytać bajki na dobranoc. Klinika stomatologiczna do której udałam sie na konsultację, przemieliła mnie i wypluła z wszczepionymi implantami. Mój ukochany teatr zaserwował mi dwie fajne komedie. Lodowisko mnie zaskoczyło, bo przekonana, że potrafię jeździć na łyżwach, po dwóch dekadach przerwy nie byłam w tym wcale lepsza niż moje debiutujące na łyżwach dzieci. Miasto przepięknie oświetlone na święta. Lody w cukierni, do której chodziłam jako dziecko, smakują dalej wyśmienicie. Słowem, wszystko cudownie.
Wisienką na torcie było nieoczekiwane spełnienie mojego marzenia, które nadeszło o kilka lat wcześniej, niż myślałam. Nasz ostatni zjazd na nartach. Ja i moje córki. Same, bez instruktora, bez pomocy. Jechałyśmy po stoku, kręcąc łagodnie, bez wysiłku, z przyjemnością. Jakby nigdy nic. Jakbyśmy szły na spacer. Nasz pierwszy rodzinny wspólny zjazd.
Wzruszająca ta chwila trwała około trzydziestu sekund.
Nie, żadna z nas nie wpierniczyła się w zaspę i nie została uznana za zginioną. Żadna nie przerwóciła się i nie zastygła w pozycji węzła gordyjskiego. Nic z tych rzeczy.
– Mamo, źle to zrobiłaś. Pan Mateusz uczył inaczej. Ja ci pokażę – zakrzknęła po prostu moja młodsza córka, lat niespełna pięć.
Jak nic, za dobrego instruktora miała.
Podpisano: matka singielka, mistrzyni kręcenia bicza na samą siebie.